Open top menu
Czy żyjesz w toksycznym związku?

Czy żyjesz w toksycznym związku?


Mam 40 lat, 21 lat spędziłem w związku. Mam praktycznie wszystko: żonę, syna, mieszkanie, dobrą pracę. Czekam na nagrodę – nagrodę, którą sobie wymyśliłem, a której nie ma – szczęście. Zawsze myślałem – teraz to już zmieni się na lepsze. Teraz będzie lepiej. Lepiej nie nadchodziło. Było gorzej. Ciągle tak samo. Pytany o szczęście, uśmiechałem się i mówiłem: tak, jestem szczęśliwy. Maskę zakładałem nawet przed samym sobą.

Po 21 latach, w których zdarzały się kryzysy, a jeśli ich nie było, to tylko dlatego, że ja nie chciałem się kłócić, dotarłem do ściany. Mogłem mieć praktycznie wszystko, tylko że to wszystko przestało mnie cieszyć.

Nie rozumiałem tego. Nie wiedziałem, co się dzieje. Wiadomo, kryzys wieku średniego. Odwaliło ci chłopie. Fanaberie. Tak pomyśleliście? Moja żona też tak twierdziła: Nic się między nami nie dzieje, to twoje fanaberie. Nie podoba się, to sobie zmień – mówiła. Jak długo można w ten sposób żyć? Można. Całe lata.

Toksyczne związki

Toksyczny związek to jak uzależnienie, nie możesz z niego wyjść, nie wiesz nawet że to dla Ciebie złe. Myślisz, że to normalne. Że jesteś odpowiedzialnym mężczyzną. Że tak bywa. Że kobieta może odmawiać seksu i traktować go jako nagrodę lub karę. Czuć ciągłe poczucie winy i wyrzuty sumienia, kiedy robisz cokolwiek, na co ty masz ochotę. Więc z tego rezygnujesz. Dzień pod dniu. Kawałek po kawałku. Rezygnujesz z siebie. Do końca.

Relacja, w której byłem, była jedynym typem związku, jaki znałem. Znałem go jako wzór z dzieciństwa i nieświadomie powtórzyłem go we własnym. Nie znałem innych, zdrowych relacji, więc myślałem że wszyscy żyją w takich związkach, mniej więcej.

Związek, w którym tkwiłem, okazał się toksyczny dopiero po terapii. Dlaczego się na nią wybrałem? Czułem, że coś się tu nie zgadza. Nie jestem szczęśliwy, a jednocześnie nie potrafię tego zmienić. W decydującym momencie, mimo że czułem iż nie chcę już w tym związku być, nie potrafiłem z niego wyjść. Dosłownie. Stałem z torbą w ręku i nie umiałem otworzyć drzwi. Żona powiedziała – idź, ale jeśli wyjdziesz, to koniec. Zero próby ratowania. A ja stałem z tą torbą jak zwierzę, żyjące całe życie w klatce, która nagle jest otwarta. Takie zwierzę boi się wyjść na zewnątrz, bo nie zna tego zewnętrznego świata, boi się go. Boi się, że nie będzie czuło się bezpiecznie – bezpiecznie nie znaczy szczęśliwie.

Odchodzę!

Postanowiłem więc pójść do psychologa. Zrozumieć, co się ze mną dzieje, bo sam już siebie nie rozumiałem. Podczas pierwszej wizyty dowiedziałem się, że jestem osobą, której nie ma, która nie umie podejmować decyzji. Jak wszystko, miało to korzenie w moim dzieciństwie. Kolejne sesje odkrywały, jak bardzo źle ze mną jest, ale też dawały siłę i nadzieję na zmiany. Zmiany, na które nigdy nie jest za późno.
Między pierwszą a kolejną wizytą minął miesiąc. W tym czasie wyprowadziłem się z domu, poznałem prawdziwych przyjaciół, poczułem wolność. I tak, zacząłem powoli czuć zaczątki szczęścia, jakkolwiek dziwnie może to zabrzmieć.

Odejście ze związku, w którym ma się dziecko, jest bardzo trudne. Jednak czasami jest to koniecznie. Szczególnie, kiedy wcześniejsze próby rozmowy kwitowane były komentarzem, że jeśli mi się nie podoba, to mogę odejść. Wielu osobom wydaje się, że taka reakcja jest normalna, że się zdarza. Otóż nie, to jest brak zgody na jakiekolwiek porozumienie. My way or the highway – jak u klasyka Tarantino. Tylko, że nie na tym związek polega.

Mój syn, po pierwszym szoku: Przecież wy nigdy się nie kłóciliście, zrozumiał, że jego tata nie znika z jego życia. Mam wrażenie, że teraz jestem mniej nerwowy, kiedy się z nim spotykam, bo nie muszę wyprzedzać irytacji mojej żony. Sam podejmuję decyzje.

Grupa wsparcia

Kiedy już to zrozumiałem, zacząłem szukać jakiejś grupy wsparcia. Poczułem wstyd, że w ten sposób dawałem sobą manipulować. Ja, mężczyzna. Ten silny. Ten słaby… Znalazłem setki grup dla kobiet. Ani jednej dla mężczyzn. Wiem, dlaczego. Nas to nie spotyka, prawda? To niemożliwe, żeby kobieta stosowała wobec nas przemoc…

W jednej z książek przeczytałem, że najtrudniejszy jest zawsze ten pierwszy krok, każdy następny jest już dużo łatwiejszy. Potwierdzam. To, co napawało mnie lękiem, było lękiem irracjonalnym. Lękiem przed karą, która mogła przybierać różne formy. Ochłodzenia relacji, krzyku, agresji słownej. Terapia pozwoliła mi rozpoznawać takie zachowania i nauczyć się przed tym bronić. Terapia daje mi szansę nauczyć się, jak normalna relacja powinna wyglądać. Jak rozmawiać z drugą osobą. I co najważniejsze, zrozumieć, że nie muszę kupować miłości, bo miłości się nie kupuje – na tym polega jej bezcenność.

Tak, dla wielu z was może to brzmieć dziwnie. Człowiek, który ma za sobą tak długi związek, nie wie rzeczy elementarnych? Tak, czuję się jak dziecko uczące się chodzić. Zadaję pytania, co mogę mówić, jak mówić o swoich potrzebach, lękach, uczuciach. Odkrywam nowe lądy i jest mi z tym coraz lepiej – zaczynam chodzić, o własnych siłach.


Anonim

Ktoś taki jak Ty. Ktoś, kto nie bał się podzielić swoją historią. Ktoś, kogo odwaga nie zawsze powinna być poddawana próbie jawności.