Open top menu

Cywilizacja zabiła męskość


Panie i Panowie, nie od dziś wiadomo, że kryzys męskości jest. Że nie stał się ot tak. Że zbiera żniwo tysięcy lat powolnego odcinania mężczyzn od ich prawdziwej natury. Co takiego cywilizacja wyrządziła płci brzydkiej? Zabrała im najważniejszy etap w drodze do prawdziwie dojrzałej męskości.

Mam na myśli etap inicjacji. Moment przemiany chłopca w mężczyznę. Uwolnienia spod matczynych skrzydeł i przejścia do dorosłego świata. Archetyp dobrze znany z baśni, pradawnych mitów, towarzyszący niemal każdej pierwotnej kulturze. Co więcej, nadal fascynujący i obecny również we współczesnej literaturze i filmach.

W zasadzie każdy z nas mógłby przytoczyć co najmniej kilka opowieści o wędrówce bohatera, u kresu której dokonuje się cudowna przemiana w dorosłość. Przykłady? Proszę bardzo – Brzydkie kaczątko czy nawet Władca pierścieni.

Gdzie dziś jest inicjacja

Ciągła obecność motywu inicjacji w kulturze i świadomości świadczy o tym, jak głęboko zakorzeniony jest on w ludzkiej naturze, a więc także podświadomości każdego z nas. W realnym życiu już niestety nie znajduje takiego przełożenia.

Ktoś mógłby oczywiście polemizować. A co choćby z religijnymi ceremoniami – bierzmowaniem w kościele katolickim czy bar micwa wśród wyznawców judaizmu? Co z odebraniem dowodu osobistego czy prawa jazdy? Jak nic, są to stale obecne motywy symbolizujące przejście w dorosłość.

Odpowiem, aby zastanowił się, na ile te rytuały prowadzą do rzeczywistego wglądu w siebie? Odnalezienia w sobie archetypicznej męskości. Na ile wiążą się z tak ważną drogą poszukiwania pierwotnej, wręcz dzikiej strony swojej natury, o której mówią inicjacyjne opowieści? A na ile stały się tylko pustymi obrządkami?

Przemiana chłopca w mężczyznę

Zauważmy, że wspomniana droga do przemiany w mężczyznę zawiera pewne elementy wspólne dla wszystkich opowieści.

Na początku historii poznajemy bohatera niepewnego, zagubionego, czasem wręcz odrzuconego. Nagle dzieje się coś niezwykłego. Nasz adept zostaje zmuszony do podjęcia decyzji, która może wszystko zmienić, ale wymaga podjęcia niebezpiecznej podróży w nieznane. Na szczęście pojawia się mentor, który zostaje mniej lub bardziej obecnym przewodnikiem tej wyprawy.

Droga jest długa i żmudna, pełna nieprzewidzianych przeszkód. U jej kresu nasz bohater jest już lepszą, dojrzałą wersją samego siebie.

Przykład z życia? Proszę bardzo. Wszystkie te elementy bardzo dobrze widzimy w wierzeniach Aborygenów. Niestety w rzeczywistości znalazły one wstrząsające odbicie. Przyjrzyjmy się tej szokującej historii.

Krwawe żniwo cywilizacji

Od zarania dziejów aborygeńscy chłopcy byli uroczyście wprowadzani w świat dorosłych. Najpierw, wraz z opiekunem, młody człowiek był uprowadzany z obozowiska, by tułać się od wioski do wioski. Po odbytej wędrówce, bogatszy o nowe doświadczenia, mógł przystąpić do ceremonii inicjacji, na którą zbierali się wszyscy członkowie jego wioski.

Podczas samej uroczystości nie tylko przekazywano młodemu adeptowi szczegółową wiedzę dotyczącą mitów, symboli i obrzędów, ale także poddawano go próbom wytrzymałości. Chłopcu wybijano ząb, poddawano obrzezaniu i wyrywano włosy. Musiał wypić krew z naciętych ramion starszych członków klanu. Wszystko to symbolizowało śmierć dziecka i narodzenie dorosłego członka męskiej społeczności.

Takie ceremonie bardzo upodobali sobie również europejscy kolonialiści, którzy w XVIII wieku zaczęli ekspansję na Australię. I to bynajmniej nie ze względu na ciekawość czy ich wyjątkowy spirytualny charakter, a z powodów czysto ekonomicznych. Szybciej i efektywniej bowiem mogli za jednym razem wystrzelać rdzennych mieszkańców, gdy ci sami tłumnie zbierali się w danym miejscu.

I tak postęp cywilizacyjny zebrał dramatyczne żniwo męskości. Na wiele stuleci pozbawił aborygeńskich chłopców tak ważnego momentu w ich rozwoju. W trosce o swoje życie Aborygeni na długie lata zaprzestali organizowania ceremonii inicjacyjnych.

Niezależnie, czy patrzymy na tego typu praktyki pod kątem praw dziecka czy praw człowieka, ewidentne jest, że oprócz oczywistej tragedii dla całej nacji, to również brutalny i dosadny przykład odebrania mężczyznom przez cywilizację kontaktu z ich pierwotnymi potrzebami.

Jakie czasy tacy mężczyźni

Takie przykłady z historii można mnożyć. Faktem jest jednak, że rozwój cywilizacji stale i konsekwentnie oddalał mężczyzn od ich prawdziwej natury. Wtłaczał w dyby kolejnych światopoglądowych paradygmatów, porzucając w zapomnienie stare wierzenia i wzorce.

Najpierw mężczyzna musiał być twardy. Władczy i niezależny, zarabiający na utrzymanie całej rodziny, zawsze racjonalny. A co jeżeli czasem chciało mu się płakać?

Później nafaszerowano go kobiecymi cechami. Mów o emocjach, odkryj radość rodzicielstwa, idź na kurs szydełkowania. A co jeżeli on jednak po prostu chciałby od czasu do czasu oberwać i dać po mordzie?

Teraz zaś przyszedł czas na miks. Do czynienia mamy wprawdzie z mężczyzną miękkim, ale stanowczo podkreślającym swoją brodę drwala. Wyrażać to, co dzikie i moje, pozostając jednocześnie w kontakcie z uczuciami i wrażliwością. Do czego taki wizerunek nas doprowadzi?

Schyłek kryzysu

Stoimy u progu ponownego przewartościowania męskości. Na nowo próbujemy dotrzeć do jej prawdziwej istoty. Przez lata cywilizacja starała się wyprzedzić ewolucję. Wmówić, że to, co pierwotne, nie jest już potrzebne, choćby haniebnie zaniedbując obrządek inicjacji. A my nie jesteśmy jeszcze gotowi (być może nigdy nie będziemy), by pozbawiać się tak głęboko tkwiących w ludzkiej naturze potrzeb.

Jak się okazuje, dzisiejszy kryzys męskości to przejaw narastającej przez stulecia frustracji wynikającej właśnie z niezaspokojenia tych pierwotnych pragnień. Męska tożsamość została dziś przez to mocno zaburzona i osłabiona. I bardzo dobrze! Czas kryzysu, to również czas zmian i rozwoju. Panowie, zmierzacie zatem w dobrą stronę!


Agata Gołuchowska