Open top menu

Męskość przetrwa


Pogłoska o zabitej męskości jest (przywołując Marka Twaina) mocno przesadzona. Co nie znaczy, że nie doświadczamy kryzysu. A raczej rewolucji. Na czym polega?

Ciągle słyszy się, że z naszą męskością jest coś nie tak, że kryzys, że zmiana, że to już nie wróci. Takie autorytatywne stwierdzenia budzą moją złość i lęk – może nawet kastracyjny. W końcu jestem jednym z tych, którzy nie przeszli jakoby obrzędów inicjacji. A jak czytamy, ich brak płynący z rozwoju cywilizacji może być jednym z powodów kryzysu męskości – a nawet jej śmierci. Jak jest naprawdę? Jak to widzę? Jak się z tym zmierzyć?

Rytuały przejścia

Cóż, inicjacja chyba wciąż jest obecna, choćby w grupach nieformalnych, takich jak subkultura grypsujących w więzieniach czy fala w wojsku. Czy czyni to ich uczestników bardziej męskimi? Być może.

Myślę, że opisane w tekście Cywilizacja zabiła męskość obrzędy Aborygenów ściślej można by nazwać rytuałami przejścia (rites de passage). Służą one nie tylko inicjacji czy wzmocnieniu męskości, lecz przede wszystkim przejściu z jednej klasy wiekowej do innej. Z grupy chłopców do grupy mężczyzn. Dla przechodzącego oznacza to przede wszystkim ściśle oznaczony katalog zachowań, które są dozwolone i takich, które są (już) zabronione.

Rytuały przejścia i inicjacja są bowiem ściśle związane z tą właściwością społeczności (pierwotnych, choć nie tylko), jaką jest potrzeba jednoznaczności, uporządkowania, wyraźnego rozgraniczenia. Nic nie jest pozostawione samemu sobie. Na naturę jest narzucona siatka kultury chroniąca przed chaosem. Stąd bierze się na przykład podział na klany wymieniające kobiety według określonych, niezmiennych reguł doboru małżeńskiego. Albo podział na grupy wiekowe właśnie.

Czy naprawdę chcemy powrotu?

My już tak faktycznie nie robimy. Po części dlatego, że nie musimy. Liczebność naszych społeczeństw jest na ogół tak duża, że możemy wiązać się spontanicznie, na podstawie jednej tylko reguły, to znaczy zakazu kazirodztwa.

Po części chyba też już nie chcemy ścisłych, jednoznacznych podziałów i rozgraniczeń. Nie dzielimy ściśle – jak to robią mongolscy pasterze – naszych luksusowych jurt (z tarasem i widokiem na Wisłę) na część męską i kobiecą. Nie chcemy dokonywać obrzezania – przynajmniej kobiet. A przecież obrzezanie ściśle wiąże się z inicjacją, zmianą statusu i ujednoznacznieniem. Mężczyznę (chłopca) pozbawia się napletka, bo jest on mikro-pochwą. Kobietę (dziewczynkę) pozbawia się łechtaczki, bo jest ona mikro-penisem. Tak tłumaczą to społeczności dokonujące obrzezania. Kobieta ma być w stu procentach kobieca, a mężczyzna – męski.

Kryzys? Rewolucja!

Rozwój cywilizacji – jak choćby rewolucja przemysłowa czy wynalezienie pigułki antykoncepcyjnej – umożliwił nam wyjście (wyzwolenie) z ograniczeń, jakie narzucało tradycyjne społeczeństwo, tradycyjny model rodziny, a nawet własna biologiczność. Mężczyźni chcą zawierać małżeństwa również z mężczyznami, kobiety z kobietami. Mężczyźni uwięzieni w ciele kobiety chcą się z niego wyzwolić i vice versa. Są ku temu możliwości, by tak rzec, techniczne i prawne (nie wszędzie). Jest ku temu coraz większe przyzwolenie.

Wychodzimy (wyzwalamy się) również z ograniczeń, jakie narzucał nam tradycyjny podział ról społecznych. Kobiety chcą wykonywać czynności i zawody kiedyś zarezerwowane dla mężczyzn. Mężczyźni – te przypisywane kobietom. Nieważne już, który proces był pierwotny, a który wtórny (faktem jest, że kobiety walczą o poszerzenie praw co najmniej od półtora wieku, mężczyźni znacznie krócej). Dość, że to się dzieje.

Cywilizacja monad

I – jeśli mogę wejść w rolę profety – ten proces będzie postępował. Dlaczego? Bo my, ludzie Zachodu, tego chcemy. Posmakowaliśmy wolności jak młode wilki krwi. I już nie odpuścimy. To nie jest kryzys męskości czy kobiecości. To jest rewolucja społeczna. My już nie chcemy zmieniać czy poszerzać pełnionych ról lub swojej tożsamości. My chcemy być nimi wszystkimi naraz. Weźmy chociaż zjawisko transgenderyzmu.

Jeżeli mam rację, to staniemy się cywilizacją monad. Może nie do końca leibnizowskich, ale zawierających w sobie całość społecznego doświadczenia (a więc jednocześnie męskość i kobiecość), łączących się na innych niż dziś zasadach we wspólnoty o formach innych niż znane nam rodzina czy państwo. Takie monady będą przechodzić inicjacje raczej indywidualnie, we własny sposób, we własnym rytmie. Intymnie.

Nasze inicjacje

To już zresztą ma miejsce. Faktycznie nie przechodziłem grupowej czy pokoleniowej inicjacji. Pamiętam jednak wydarzenia, które mnie ukształtowały, które stanowią dla mnie wyraźne cezury. Etapy w podróży. Na przykład kiedy mój kolega, legendarny punkowiec z miejscowości, w której spędzałem adolescencję, naćpany rzucił się pod pociąg bezpośrednio po tym, jak usłyszał od swej miłości, że go już nie kocha. A potem wybuchła u niego schizofrenia. I nic już nie było takie samo. Kilka miesięcy potem, już na studiach wyszliśmy z akademika na grochowską ulicę bronić kolegi. Miejscowi straszliwie obili nas deskami i metalowym prętem. Część z nas potraciła zdrowie. Wtedy definitywnie skończyło się moje dzieciństwo. Mam wrażenie, że przeżyłem tę inicjację świadomie, że dokonałem nad nią namysłu.

Nie stworzymy takich rodzin czy państw jak nasi przodkowie. Nie przejdziemy takich rytuałów czy inicjacji. Nie staniemy jak Aborygeni na centralnym placu wioski. Naszych inicjacji dokonujemy na własną rękę, często w pojedynkę. Możemy jednak podzielić się doświadczeniami czy wspomnieniami. Odnaleźć różnice, ale i podobieństwa. Odnaleźć wspólnotę tworzoną już inaczej niż plemienna czy pokoleniowa, wciąż chyba jednak potrzebną.

Więc, co ukształtowało Twoją (samo)świadomość? Jaka była Twoja inicjacja?


Tomasz Drzazgowski