Open top menu

Jak włączyć wyższy bieg?


Strach ma wielkie oczy. Strach przed motocyklem ma je szczególnie okazałe. Szczególnie gdy dobijasz do czterdziestki, masz żonę, dzieci i sporo do stracenia. Po co mi to? – myślisz sobie – a jednak coś pcha Cię, by spróbować czegoś nowego albo odkurzyć zapomniane już wrażenia, jakie kiedyś zrobił na tobie Easy Rider lub też Zen i sztuka obsługi motocykla. Jesteś mężczyzną i chcesz spróbować, włączyć wyższy bieg w swoim życiu. Czy coś Cię może powstrzymać?

No więc ogłaszasz swój nowy projekt kochającej żonie, która, będąc kochającą, ani nie udzieli wsparcia, ani nie zabroni. Przypomni tylko, że masz ją oraz małe dzieci do wychowania…

Następnie zapiszesz się na kurs, zdasz egzamin teoretyczny i zaczniesz sprawdzać, czy jazda motocyklem jest faktycznie aż tak niebezpieczna, jak wszyscy wokół wydają się twierdzić. Czytasz statystyki, które mówią, że jako motocyklista z dużym prawdopodobieństwem skończysz na wózku inwalidzkim lub na cmentarzu. Zaczynasz też przeglądać kroniki wypadków na YouTube, co doprowadza Cię do zwątpienia i zastanowienia, czy naprawdę warto się w to wszystko pakować.

Jest ryzyko, ale czy i zabawa?

Jaki stopień ryzyka jestem w stanie zaakceptować na obecnym etapie swojego życia? Ważenie ryzyka pojawia się tu jako kluczowe zagadnienie. Dla jednych motocykl to śmiertelna pułapka, którą najlepiej zdelegalizować. Inni są z kolei zdania, że odpowiednie wyszkolenie, strój ochronny oraz uwaga na drodze, mogą uczynić motocykl stosunkowo bezpiecznym. Jeszcze inni powiedzą, że pewna doza ryzyka jest częścią motocyklowej fascynacji; można je świadomie ograniczyć, ale nie da się go całkowicie wyeliminować. Ostatnią grupę stanowią ci, którzy w ogóle nie zakładają kasku, traktując go jako zamach na indywidualną wolność.

Idąc nieco dalej tym tropem, trafiłem na zjawisko moto-vlogginu. Są to wideoblogi kręcone przez motocyklistów i traktujące o najróżniejszych aspektach życia: zawodowych, motocyklowych, emocjonalnych. Jeden z nich nakręcił ciekawy odcinek na temat pasji oraz strachu. Tytuł to Motorcycle Fear, akcja dzieje się na cmentarzu:

Proponuje on nieco szersze spojrzenie na kwestię ryzyka, indywidualnych aspiracji oraz jakości życia. Okazuje się na przykład, że statystycznie rzecz biorąc, większe ryzyko od motocykla niesie ze sobą jazda konno. Nie uchodzi ona, za sport wysokiego ryzyka, być może dlatego, że konie budzą raczej miłe skojarzenia. Wielu rodziców, posyła więc swoje dzieci na lekcje jazdy konnej, mimo iż obiektywnie rzecz biorąc, ryzyko poważnego wypadku jest wyższe na koniu niż na motocyklu. Z tej perspektywy pytanie o to dlaczego chcę wsiąść na motocykl, wydaje się być równoprawnym z pytaniem, dlaczego chcę jeździć konno, latać, nurkować bądź też zaangażować się w jakąkolwiek inną aktywność, gdzie ryzyko wypadku jest większe niż na linii praca – dom.

Motocyklista musi się jednak mierzyć z szeregiem uprzedzeń społecznych i stereotypów. Młody człowiek na motorze będzie z dużym prawdopodobieństwem postrzegany jako awanturnik, podczas gdy starszemu doczepią łatkę kryzys wieku średniego. W pewnym sensie owe społeczne uprzedzenia wymagają samookreślenia i nadania odpowiedniej hierarchii temu co wewnątrz mnie oraz temu co na zewnątrz i niezależne ode mnie. Prawdziwie świadoma i suwerenna decyzja o zakupie motocykla może więc okazać się deklaracją charakteru i odwagi, wyrazem nonszalancji wobec społecznych wyobrażeń na temat tego, co mężczyzna po 40-tce powinien, a czego nie.

W moim przypadku, podjęcie świadomej i suwerennej decyzji oznaczało skrobanie kolejnych warstw własnych wyobrażeń na temat tego czym, jest motocykl.

Romantyczny wizerunek

Bezkresna droga wydaje się być ulubionym motywem producentów motocykli, a przynajmniej specjalistów od reklamy. Wiatr we włosach, wolność.

W dzisiejszych folderach reklamowych miejsce hippisa zajmuje młody hipster preferujący zdrową żywność albo nieco starszy, szukający wytchnienia od zawodowego kieratu. Podstawowy przekaz pozostał jednak bez zmian: wyrwij się i wyluzuj. Te rozwiane włosy i kraciaste koszule to jednak mit, bowiem jednym z pierwszych przykazań współczesnego motocyklisty jest tzw. ATGATT – czyli pełen rynsztunek, niezależnie od sytuacji. Realny motocyklista ma wiec więcej wspólnego z obrazkiem poniżej:

Wczytując się jeszcze głębiej w tematykę bezpieczeństwa motocyklisty na drodze, można dojść do wniosku, że poczucie wolności oraz rozwiany włos zostaje zastąpione przez poczucie ciągłego zagrożenia ze strony innych uczestników ruchu (samochodów), a ulica zamienia się w pole walki, gdzie nieustannie trzeba przewidywać bieg wypadków, by ujść z życiem i bez szwanku. W tym sensie prowadzenie motocykla upodabnia się nieco do rosyjskiej ruletki. To kolejny moment, w którym kandydat na motocyklistę może sobie zadać, w pełni uzasadnione, pytanie: Po co mi to?

Jeżeli mimo wszystko zdecyduje się wsiąść na motor i podejść do egzaminu, pojawi się nowe, czasem niespodziewane wyzwanie.

Czy podołam?

Doświadczonemu kierowcy może się wydawać, że wykręcenie paru figur na placu manewrowym to jedynie formalność. Nic bardziej mylnego. Technika jazdy samochodem ma niewielkie przełożenie na technikę jazdy motocyklem. Przekonałem się o tym na własnej skórze. Moją piętą achillesową podczas kursu okazał się tzw. wolny przejazd. Jest to wymóg egzaminacyjny tam, gdzie mieszkam. Zadanie polega na przejechaniu 10 metrów w minimum 12 sekund, co oznacza jazdę na pół-sprzęgle na granicy utraty równowagi. Kilka godzin kursu spędziłem na wałkowaniu tego manewru i wciąż oscyluję na granicy przeklętych 12 sekund.

Mimo 40 lat i dobrej kondycji fizycznej, dorobiłem się artrozy stawu biodrowego, co nie ułatwia manewrowania motocyklem. Młodsi dają jednak radę, więc ja też się przykładam. Zabawa, która zaczęła się od pewnych wyidealizowanych wyobrażeń urosła tym samym do ambicjonalnego wyzwania. Parę dni temu podszedłem do egzaminu. Oblałem, choć na innym manewrze. Owe 12 sekund udało mi się akurat zaliczyć. Zdałem za drugim razem.

Jak będzie dalej z tym motocyklem – to się jeszcze okaże. Naszą odpowiedzialnością za siebie jest umieć znaleźć przestrzeń na realizację swoich aspiracji, nawet tych, które wydają się nieosiągalne – jednak nie z obiektywnego punktu widzenia a z zewnątrz – bo nie wypada, bo niepotrzebne ryzyko, bo nie. Z drugiej jednak strony, jak w każdej innej dziedzinie życia, trzeba umieć odróżnić własne aspiracje o tych, które być może ktoś (fachowcy od marketingu?) podsuwają nam pod nos. Innymi słowy trzeba spróbować, ale z głową.


Sergiusz Waplak
Sergiusz Waplak

Do zabrania głosu skłania go rozdźwięk pomiędzy debatą publiczną, a osobistym doświadczeniem. Wychowany na lekturach min. Josepha Campbella, Roberta Blya oraz Roberta Pirsiga. Unika ideologicznego zaszufladkowania, ale uważa iż poza liberalną demokracją nie wynaleziono niczego lepszego.