Open top menu
Czy potrzebuję prezydenta? A ojca?

Czy potrzebuję prezydenta? A ojca?


Przy okazji wyborów warto zatrzymać się przy kilku pytaniach. Do czego jest nam potrzebny prezydent, ojciec narodu, skoro radzimy sobie jako wspólnota? Czy czekamy na powrót króla? I czy potrzebuję swojego ojca, jeśli jestem dorosłym facetem z wieloma osiągnięciami na koncie?

Wybraliśmy prezydenta. Kolejny z okresowych rytuałów demokracji przedstawicielskiej mamy za sobą. Moje nieuczesane myśli przy tej okazji nawracają jednak też ku monarchii.

Wielu z nas chcąc sobie poprawić narodowe samopoczucie lubi podkreślać, że w Polsce nigdy nie doszło do królobójstwa. Jednak – na długo przed Karolem Stuartem czy Ludwikiem XVI – stało się coś innego. Rozpoczął się proces stopniowego, lecz nieustannego pozbawiania królów uprawnień, władzy i możliwości działania. Pozbawiania siły. Kazimierz Jagiellończyk w czasie wojny trzynastoletniej – potrzebując wojska – zgodził się nie ustanawiać nowych praw (na przykład nakładać podatków) bez zgody szlachty. Kolejni władcy wydawali kolejne przywileje. Możni przejmowali królewskie majątki. Wreszcie zaczęto królów wybierać. Stawali się w ten sposób zależni od swoich wyborców, a w praktyce – od rozmaitych frakcji, koterii, dworów. No i oczywiście jeszcze mniej mogli. Ostatni polski król był już tylko marionetką.

Myśmy królów nie mordowali. Myśmy ich kastrowali.

Wspólnota bez głowy

I tak zostaliśmy sami. Z mieszaniną triumfu, lęku i poczucia winy. Pozbawieni króla. Pozbawieni wodza, który poprowadzi w trudnych chwilach. Ale też, może przede wszystkim, pozbawieni symbolu, który mógłby jednoczyć wspólnotę. Symbolu, do którego można się odwoływać – czasem idealizować, a czasem odbrązawiać.

Niekiedy król powraca. Czasem przybiera to formę poważną, wręcz patetyczną, jak w 1918 roku, gdy z emigracji wrócił Ignacy Jan Paderewski. Czasem jest to trochę śmieszna, trochę straszna groteska. Bo nią chyba było przybycie w 1989 roku Stana Tymińskiego ze słynną czarną teczką.

Niszczyciele symboli

Częściej jednak powrót się nie udaje. To chyba tłumaczy siłę, z jaką nasze emocje pobudzane są przez katastrofy. Książę Józef w wodach Elstery, generał Sikorski na Gibraltarze, Kaczyński w Smoleńsku. I to nieodłączne poszukiwanie winnych…

A winny jest przecież jeden: my sami. Ludzie giną z różnych powodów, ale zdolność Polaków do niszczenia symboli (nie autorytetów, symboli!) zanim jeszcze mają szansę się narodzić, jest porażająca. Wystarczy popatrzeć na to, co dzieje się po śmierci jakiegokolwiek prezydenta. W każdym niemal przypadku momentalnie wspólnota rozpada się na dwa wrogie, zwalczające się na śmierć i życie obozy. Oczywiście nie ma szansy, by ktoś został autorytetem uznawanym przez wszystkich. Obozy te odmawiają jednak sobie nawzajem prawa do tworzenia i posiadania symboli, a nawet prawa do istnienia.

Do czego służy prezydent?

I tu wracamy do wyborów. Jednym z ostatnich, ale kto wie czy nie najważniejszym akordem w opisywanej ambiwalencji między potrzebą posiadania symbolu i pragnieniem jego niszczenia, jest umiejscowienie w polskiej konstytucji urzędu prezydenta. Ma on za mało uprawnień, by samodzielnie rządzić. Może jednak zbyt wiele i zbyt jest uwikłany w bieżącą politykę, by być tylko czy aż jednoczącym wspólnotę symbolem. Takim jak prezydent Niemiec czy – darujcie mi śmiałość – angielska królowa.

Podobnie jak wcześniej króla, w 1997 roku wykastrowaliśmy w konstytucji prezydenta – zanim jeszcze go wybraliśmy.

Brak realnego czy wyobrażonego symbolu skazuje nas na niekończący się, jałowy spór. Na rozpad wspólnoty na wrogie sobie połowy, z których – zależnie od sytuacji – jedna trwa w nieprzepracowanej żałobie, druga zaś w maniakalnym poczuciu triumfu.

Jak pomóc królowi wrócić?

Więc co można zrobić? Powrót monarchii jest nierealny. Nie wiem, czy możliwe jest inne skonstruowanie urzędu prezydenta. Nie sądzę też, by było to potrzebne. Jak bowiem pisał Wilfred Bion – psychoanalityk i jeden z najwybitniejszych twórców współczesnego myślenia o grupach – potrzeba lidera pojawia się czy też nasila wtedy, gdy wspólnota boi się skonfrontować sama ze sobą. Z obecnymi w niej konfliktami, pragnieniami, lękami czy potrzebami. A jedną z najważniejszych, podstawowych jest potrzeba zależności od silnego, wspierającego, jednoczącego obiektu. Potrzeba symbolu czy też lidera.

Nie jest potrzebne ani korzystne zaspokajanie tej potrzeby. Na pewno nie w postaci tak zwanego silnego człowieka u władzy. Niezbędne jest jednak uznanie tej potrzeby w sobie. Uznanie, że w całej wspólnocie i każdym z nas jest jedno i drugie. Konflikt między potrzebą lidera, a lękiem przed nim. Konflikt między potrzebą zależności i autonomii.

Dopiero uznanie w sobie tej potrzeby, a następnie przeżycie żałoby po tym, że niemożliwe jest jej pełne zaspokojenie, daje szansę na przerwanie błędnego koła kompulsywnego tworzenia i niszczenia symboli. Na wyjście z wnętrza mitu. Wtedy i dopiero wtedy możliwy jest następny krok, to znaczy orientacja na grupę. Uznanie jej realnego istnienia i jej wartości. Czerpanie z niej siły, tożsamości i wartości.

Oddaj ojcu tron

Lecz zanim naprawimy zewnętrzną wspólnotę, musimy odbudować swój wewnętrzny świat. Pozwolić postaci ojca wrócić na utracony tron. Bywa bowiem tak, że ojcowie nas opuszczają. Fizycznie, emocjonalnie. Częściej jednak to my ich opuszczamy. Nie chodzi tu o niedzielne obiady ani sobotnie mecze. Raczej o zbyt szybkie strącanie z tronu czy też kastrowanie. O przedwczesną rezygnację z idealizacji ojca, o koncentrację na jego winie, słabości, brakach realnych czy wyobrażonych. A przede wszystkim – o zaprzeczanie potrzebie, by ojca w ogóle mieć. By był silny, wspaniały. By wszystko mógł i wszystkiego nauczył.

Gdy zniszczymy w sobie obraz ojca i jego potrzebę, przedwcześnie dorastamy. Szybko stajemy się mężczyznami, ale mężczyznami słabymi. Pozbawionymi korzeni i tożsamości. Samotnymi wobec wyzwań świata. Wciąż tęskniącymi. Czekającymi na powrót króla.


Tomasz Drzazgowski