Open top menu
Miłość ma różne oblicza

Miłość ma różne oblicza


Patrząc na własnych rodziców, często zadajemy sobie pytanie, jak to możliwe, że ci ludzie wytrzymali ze sobą tyle lat. Relacje między dwojgiem ludzi są na tyle skomplikowane, że brakuje jednoznacznej (i dobrej) odpowiedzi. Często bywa jednak tak, że to zachowania tylko jednej strony narzucają charakter całemu związkowi.

Z wielkim zaciekawieniem wysłuchałem wykładu Jacka Masłowskiego Kobiece wnętrze oraz sztuka budowania relacji. Padło w nim kilka ciekawych przykładów z życia, co skłoniło mnie do opisania tego, co zaobserwowałem u moich rodziców. Mogę o tym napisać z tym większą śmiałością, że oboje od lat nie żyją.

Zarówno Mama, jak i Tata byli osobami bardzo inteligentnymi i elokwentnymi. Oboje znali kilka obcych języków i mieli wielką wiedzę o literaturze i sztuce. Spotkali się podczas studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie w latach 50. ubiegłego wieku. Odnoszę wrażenie, że mocniejszy charakter miała Mama i że od początku małżeństwa starała się podporządkować sobie Tatę różnymi metodami.

Mężczyzna na cenzurowanym

Pamiętam na przykład, że podczas każdego rodzinnego spotkania, zwłaszcza z dalszą rodziną, Mama opowiadała o jej zdaniem niestosownych zachowaniach Taty. Ulubionym wspomnieniem było to, że po nocy poślubnej obudził się pierwszy i poszedł na samotny spacer. Mama zawsze publicznie stawiała pytanie: Jak on mógł mi to zrobić?!. Nie widziałem nic złego w tym, że ktoś rano wychodzi z domu – ale skoro Mama tak to przedstawiała, to w końcu też uznałem to za coś absolutnie niestosownego.

Opisane zdarzenie jest jednym z wielu drobiazgów, które składały się na gromadzoną przez Mamę przez wiele lat listę błędów Taty. Wciąż wracały anegdoty o tym, jak niezgrabny Tata pobrudził sobie farbą ubranie podczas malowania mieszkania, jak straszny błąd popełnił, kiedy przeprowadził całą rodzinę przez nieukończony jeszcze most nad Wisłą podczas powodzi (wyjaśniam, że nic złego się nikomu wtedy nie stało, a jakoś trzeba było wrócić do domu). Oczywiście jeśli Tata przy stole opowiadał jakiś dowcip – to Mama natychmiast ten dowcip poprawiała. Trwała więc nieustanna walka o dominację w stadzie, polegająca na tym, że wszyscy mają uznać, że Tata jest absolutnym życiowym nieudacznikiem.

Kamyk do kamyka

Również w codziennym życiu wypominanie Tacie błędów stało się ulubioną rozrywką Mamy. Na przykład zlecała mu mycie naczyń, a potem wszystkim nam (czyli trójce dzieci) pokazywała, że umył niedokładnie. Również czule głaskała mnie po głowie i chwaliła zawsze, ilekroć zauważyłem, że jakiś talerz lub widelec jest niedokładnie umyty.

Ze wstydem muszę przyznać, że te objawy jej czułości motywowały mnie do intensywnych poszukiwań niedomytych naczyń. Bo przecież każde dziecko lubi matczyne pochwały. A Tata te uwagi przyjmował z pokorą, choć widziałem, że twarz mu wtedy tężała…

Nie zapamiętałem żadnej sytuacji, w której Mama chwaliłaby Tatę, chociaż był wykładowcą na wyższej uczelni, uznanym specjalistą w swojej dziedzinie, autorem kilku książek i wielu publikacji. Będąc nastolatkiem, wielokrotnie widziałem sytuacje, kiedy mój Tata wracał z pracy na uczelni, gdzie zawistne środowisko niszczyło go emocjonalnie.

Były to czasy nacisków jedynej słusznej opcji politycznej (mój Tata nie należał do partii) oraz walki o pozycję w hierarchii. Tata wchodził do domu i próbował opowiedzieć Mamie o krzywdach i problemach, które go spotkały w pracy, a wtedy moja Mama za każdym razem powtarzała jak mantrę: Bo ty sam sobie jesteś winien!, Bo ty sam sobie jesteś winien!, Bo ty sam sobie jesteś winien!. Przypomina to sytuację, kiedy starożytny wojownik wraca po bitwie poraniony do domu, a tam jego kobieta zamiast opatrzyć mu rany, ma do niego pretensje, że dał się podczas bitwy poranić… Nie dziwi zatem, że Tata po pewnym czasie popadł w depresję. Był leczony aż do końca życia.

Ludzie się nie zmieniają

Zapamiętałem również bardzo znamienny dialog pomiędzy rodzicami, który odbył się wtedy, kiedy oboje byli już emerytami, a Mama z powodu palenia papierosów była częściowo sparaliżowana przez zator mózgowy. Spędzała cały dzień na wózku inwalidzkim i nie wychodziła z domu, więc wysłała Tatę na zakupy na plac targowy. Powiedziała mu, co ma kupić. Kiedy wrócił z dokładnie zrobionymi zakupami, spytała: W jakiej cenie kupiłeś marchew?Po 1,20 złotego. To bardzo źle! Za dużo zapłaciłeś! Trzeba było kupić marchew za 1,10! Nie można na ciebie liczyć w żadnej sytuacji!. Muszę wyjaśnić, że z punktu widzenia ich emerytur te 10 groszy nie miało absolutnie żadnego znaczenia.

Gdy sięgam pamięcią wstecz, dostrzegam, że ta relacja miała swoje wzloty i upadki ‒ po latach wiem, że między moimi rodzicami zawiązała się specyficzna więź. Dobra czy zła, nie mnie (ani nikomu) to jednak oceniać.


Anonim

Ktoś taki jak Ty. Ktoś, kto nie bał się podzielić swoją historią. Ktoś, kogo odwaga nie zawsze powinna być poddawana próbie jawności.