Open top menu
Gdy męska zazdrość przeradza się w zaborczość

Gdy męska zazdrość przeradza się w zaborczość


Kocha czy nie kocha? Kto z nas nie zadawał sobie tego pytania, niech pierwszy rzuci kamieniem. Jednak ciągłe roztrząsanie, czy on lub ona darzy mnie uczuciem, skoro patrzy na innych, potrafi przerodzić się w obsesję. Miłość zaczyna wtedy ranić, bo pojawia się zaborczość. To (prawie) zawsze źle się dla kogoś kończy.

Mówimy oczywiście o zdrowej zazdrości będącej wierną towarzyszką miłości. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że bywa to dobra zazdrość, gdyż mobilizuje, pobudzając do rywalizacji i ciągłego starania się, dbania o siebie, związek, partnera czy partnerkę. Czasem jednak coś idzie nie tak. Pojawia się zła zazdrość, która niszczy relację, a ludzie nią dotknięci mogą skończyć z depresją i brakiem poczucia własnej wartości. Nie da się rozstrzygnąć, czy bardziej zazdrośni są mężczyźni, czy kobiety. Faktem jest, że w toksyczną relację wpaść może każdy.

Nigdy nie mów nigdy

Kiedyś z niedowierzaniem słuchałam zwierzeń znajomych, którzy opowiadali o zazdrości swojej drugiej połowy. Te słowa były pełne rozczarowania i żalu, bo odkąd związali się z partnerem, ich świat stopniowo uległ zmianie. Nie mogli spotykać się z przyjaciółmi, sami wyjść z domu na spotkanie towarzyskie, a nawet swobodnie rozmawiać przez telefon. Z przerażeniem słuchałam o niszczeniu zdjęć, na których byli poprzedni partnerzy, czy niemożności wspominania miejsc, które odwiedziło się w towarzystwie byłego chłopaka czy byłej dziewczyny.

Wszystkie pozytywne wspomnienia związane z przeszłością były zakazane. Nie byłam w stanie pojąć, jak można tak dać się omamić i zrezygnować z przeszłości z powodu fanaberii zazdrośnika. Przecież to właśnie przeszłość stworzyła nas teraźniejszych i to dzięki niej jesteśmy tym, kim jesteśmy! Dałabym sobie rękę uciąć, że ja bym się nigdy tak nie dała zamknąć w złotej klatce.

Chichot losu

Życie umie jednak płatać figle. Po latach bycia niezależną, silną kobietą i mnie spotkała miłość, dla której nie miałam za grosz szacunku. Teraz wiem, że TO TOKSYCZNA MIŁOŚĆ, apodyktyczny i zaborczy stwór umiejętnie wykorzystujący naszą potrzebę bycia kochanym. W imię nowego uczucia, które uznałam za warte rzucenia wszystkiego, co do tej pory było mi znane, sama darłam zdjęcia z przeszłości ‒ byleby tylko nie drażnić mojego wybranka.

Moja nowa miłość starała się odebrać mi prawo do tego, kim byłam przed poznaniem jej ‒ wszelkimi możliwymi sposobami. Choć mamy oboje już swoje lata i wydawać się mogło, że fakt posiadania przeszłości jest rzeczą naturalną – tak jednak nie było. Nie docierało do mojego wybranka, że tak jak on miał już swój bagaż życiowych doświadczeń, tak i moja karta życia była po trochu zapisana. Nie chciał czy nie mógł zrozumieć i tolerować tego, że mam znajomych i przyjaciół obojga płci, o których się troszczę i którzy troszczą się o mnie.

To była równia pochyła ‒ będąc w związku z tym mężczyzną, coraz bardziej się od niego uzależniałam (a raczej, teraz wiem, uzależniałam się od zadowolenia go wszelkimi sposobami). Na efekty nie trzeba było długo czekać ‒ sukcesywnie ograniczałam kontakty towarzyskie, usuwałam męskich znajomych z portali społecznościowych, przestałam do nich dzwonić i oddzwaniać.

Doszło do tego, że bałam się zareagować na Facebooku na jakikolwiek post w obawie przed reakcją mojego partnera. Mój wybranek skrupulatnie kontrolował grono moich znajomych i moje działania.

Nieprawdopodobne… a jednak

Do dziś nie mogę uwierzyć, że ja, kobieta niezależna, mocno szanująca swoje prawo do wolności i własnej przestrzeni, z doświadczeniem życiowym i poczuciem tolerancji, ze świadomością, że ograniczenia nie mogą prowadzić do niczego dobrego ‒ tak dałam się omamić. Poddałam się, jakby ktoś rzucił na mnie urok. Zachowywałam się niepojęcie dla mnie samej ‒ wyrzekałam się swoich przeżyć i wspomnień, raniłam ludzi, na których przez lata mogłam liczyć.

A to wszystko tylko i aż dlatego, że się zakochałam. Do dziś nie potrafię sobie wyjaśnić, co się ze mną stało i dlaczego. Teraz już wiem, że przebudzenie miało nadejść, choć na początku wcale nie byłam tego taka pewna. Gdy powoli zaczęło do mnie docierać, że źle się dzieje, próbowałam najpierw na nowo znaleźć zagubioną samą siebie.

Czułam, że dzieje się coś, z czym się nie zgadzam, a jednak tkwiłam w tym, bojąc się stracić ukochaną osobę. Próbowałam rozmawiać z partnerem, używając racjonalnych argumentów. Podkreślałam na każdym kroku, że jestem z nim z wyboru, nie z przymusu – bo go po prostu kocham! Niestety, choć mój partner to inteligentna osoba, wydawało się, że moje słowa trafiają w próżnię. Skłamię, pisząc, że nie zmieniało się nic – było ciągle gorzej. Zaborczość i zazdrość pogłębiały tylko jego żądzę posiadania mnie. Byłam zmęczona tym wszystkim – z jednej strony miałam koleżanki, które na każdym kroku próbowały przemówić mi do rozsądku, z drugiej strony ciągle tkwiłam w miłosnym oszołomieniu. Rozsądek przegrywał z uczuciem.

Historia miała smutne zakończenie. Partner, który przeze długie miesiące, lata węszył, podejrzewał, uciekał do obrażania mnie… sam okazał się tym, którego powinno się kontrolować, podejrzewać, pilnować i sprawdzać. Ten chorobliwie zazdrosny mężczyzna, osaczający sobą i dążący do posiadania mnie na własność, uległ pokusie zdrady. Cóż, najwyraźniej w zazdrości więcej jest miłości własnej niż miłości do drugiej osoby.

Kontrola (nie jest) najwyższym stopniem zaufania

Przez jakiś czas zastanawiałam się, dlaczego zostałam zdradzona. Z biegiem dni to pytanie ustąpiło miejsca kolejnemu: czy ten, który podejrzewa i mierzy drugiego swoją miarą ‒ zawsze sam ma na sumieniu to, o co podejrzewa nas?

Konsekwencją zazdrości jest permanentne kontrolowanie ‒ telefonu, komputera, portfela, notatek, kalendarza, terminarza. Pierwsze, co przychodzi na myśl, to obrona przed takim postępowaniem, czyli zabezpieczenie hasłami. Tylko czy o to chodzi w związku? Czy dwoje kochających się ludzi musi się (i siebie) na każdym kroku pilnować?

Bycie w związku nie jest równoznaczne z założeniem na siebie kajdan. A jednak często takie wypaczenia mają miejsce. Wiele razy w życiu straciłam przyjaciółkę czy dobrą koleżankę w momencie, gdy ta poznała zaborczego mężczyznę. Kilka razy po latach usłyszałam przeprosiny i próby wyjaśnienia, że skupienie się tylko na mężczyźnie było błędem. Druga osoba w związku nie może stać się na tyle całym światem, by nie potrzebować już nikogo innego w swoim otoczeniu. Zerwane więzi z przyjaciółkami często są już nie do naprawienia, Mężczyzna czasami odchodzi a w raz z nim świat rozpada się na kawałki. Co wtedy?

Żyj i pozwól żyć

Nieograniczanie wolności i szacunek, jakim darzy nas druga osoba w związku, czynią nas silnymi i pozwalają zachować poczucie własnej wartości. Nie pozwólmy się ograniczać. Niech twoje ja będzie twoją siłą. Gdy znajdzie się ktoś, kto będzie stawiał zbyt daleko idące granice, uciekaj! Związek dwóch osób przecież nie polega na tym, że jedna mówi drugiej, co ma robić. Każdy ma swój rozum, swoje zasady – jesteśmy dorośli, więc to nie czas na wychowywanie nas.

Doceniajmy fakt bycia razem, szanujmy swoją przestrzeń i ufajmy sobie wzajemnie. Nie męczmy partnera i siebie podejrzeniami, na które nie zasługuje. Rozmawiajmy, gdy coś budzi niepokój. Z przymrużeniem oka reagujmy na komentarze o atrakcyjności innych, jeśli to tylko niewinna uwaga. Flirtujmy ze sobą wzajemnie, bo w życiu piękne są tylko chwile i to od nas zależy, by było ich jak najwięcej. Bądźmy bardziej ufni i otwarci, a świat odpłaci nam tym samym.


Ewa Ostatek
Ewa Ostatek

Nieuleczalna romantyczka lubiąca przyglądać się ludziom i zadawać pytania. Empatyczna, wrażliwa, chcąca świat uczynić lepszym. Z zamiłowania podróżniczka i miłośniczka teatru.