Open top menu
Inżynieria rodowa, czyli jak przerwać zaklęty krąg

Inżynieria rodowa, czyli jak przerwać zaklęty krąg


Dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy? Czy wszystko można zrzucić na geny? Warto mieć świadomość, że możemy kształtować siebie. Wystarczy tylko (albo aż) praca nad sobą i poznanie własnych słabości. Bo tylko wtedy można je pokonać. To naprawdę możliwe.

Po 40 latach życia i 3 latach świadomych prób porozmawiania z ojcem na inne tematy niż techniczne odniosłem właśnie wielki sukces – dostałem od niego e-mail dłuższy niż 2 zdania. Nasze dyskusja poprzedzająca wiadomość była burzliwa. Udało mi się odważną szczerością sprowokować ojca do wyznań, które wcześniej były zamiecione pod dywan. Sam e-mail wcale nie był pojednawczym uściskiem. A jednak naprawdę uważam, że to ważny krok do przodu. Cieszę się, że mnie wysłuchał, choć poddawał w wątpliwość wiele moich decyzji. W końcu cieszę się, że zdobył się na reakcję. Jaka by nie była, jest to coś więcej niż nieobecność mentalna, jaką do tej pory stosował.

Zrozumieć siebie to ciężka praca

Dojście do punktu, w którym teraz jestem, wymagało ode mnie odbycia pewnej pracy – 10 lat terapii indywidualnej i grupowej, 2 lat warsztatów w męskim kręgu, kilku miesięcy regularnej pracy w analizie bioenergetycznej metodą Lowena. Dodatkowo pracowałem nad otwarciem się na ludzi i przeczytałem mnóstwo książek o męskości, kontakcie ze sobą, intuicji i czuciu siebie. Wśród nich znalazła się ta prawie najważniejsza, czyli Nie chcę o tym mówić Reala Terrence’a. Mottem tego, co tu piszę, mógłby się stać jej podtytuł: Jak przerwać dziedziczenie męskiej depresji.

To właśnie dzięki książce Terrence’a lepiej zrozumiałem ojca. Pozwoliło mi to na wybaczenie wielu rzeczy i jemu, i sobie. W kilku momentach czytania zapłakałem, bo zrozumiałem, dlaczego jest takim facetem. Takim jak dziadek i ojciec. Czy tę cholerną zapaść dostajemy w genach? Nie, raczej dostajemy ją na start, bo jako dzieci wczytujemy sobie program naszych bliskich. Co dalej z tym programem zrobimy, zależy od nas. To nie jest pamięć tylko do odczytu, możemy ją nadpisać innym programem. O ile się w ogóle zorientujemy, że coś warto z tym zrobić. To najważniejszy krok.

Niedaleko pada jabłko od jabłoni

Dlaczego ojcowie często są (emocjonalnie) nieobecni w życiu swoich synów? Jedną z odpowiedzi przynosi historia. Podczas rewolucji przemysłowej rodzina przeszła rekonstrukcję. Role płciowe zmieniły się i w znaczącym stopniu ich kształt obowiązuje do dziś. Przed rewolucją opieka nad domem i wytwarzanie dóbr służących egzystencji były z grubsza równo podzielone pomiędzy kobietę a mężczyznę.

W wyniku rewolucji produkcja dóbr została wyniesiona poza dom a wraz z nią wyniesiony został mężczyzna. Tym samym zrzekł się on wielu zadań tworzących jego więź z potomstwem. Co więcej, jak pisze Terrence, mężczyźni dla wspólnego dobra wyrzekli się wielu swoich najgłębszych emocjonalnych potrzeb, by móc oddać się bez reszty konkurencyjnej walce w pracy.

Zatem jak głośno byśmy nie krzyczeli, że nigdy nie będziemy tacy jak nasi rodzice, to tylko operacja na otwartym sercu pozwoli nam rzeczywiście to zmienić. Co z tego, że jako nasto- czy dwudziestokilkuletni chłopak mówiłem, że jestem zupełnie inny niż mój ojciec? Pozornie tak było, on żołnierz, ja hipis, on całe życie na etacie, ja całe życie na freelansie, on podróżnik z przydziału, ja próbujący szlajać się po świecie dla własnych celów. Tak wydawałoby się różni, tak jednak podobni.

Autodiagnoza to właściwy początek

Szydło wyszło z worka, gdy urodził się mój syn. To wtedy realnie musiałem skonfrontować się ze swoim cieniem. Moje niewielkie zaangażowanie emocjonalne było dla mnie tym, co moja nieświadomość pamiętała z dzieciństwa. Podążałem więc sam tą ścieżką. Musiało minąć kolejne kilka lat, zanim zdałem sobie z tego sprawę. Tu zacząłem dopiero odcinać kupony z pracy, o której wspominałem na wstępie. Wciąż jednak było to mozolne odsłanianie ciężkiej, aksamitnej kurtyny.

Powoli strumienie światła zaczęły przebijać się do świadomości. Jak rozbłyski flesza z mroków zaczęły pojawiać się obrazy, kalki z mojego dzieciństwa, te same zachowania, te same uniki, przemoc psychiczna. Podróże maluchem do przedszkola sprzed 35 lat i moja piesza lub rowerowa droga z synem pokazały mi na przykład, że moje teksty do niego to często gadka na autopilocie. Bezpieczna jazda na nieświadomce.

Dlaczego tak się dzieje? Świat mężczyzn, którzy nie mają przyzwolenia (ani w sobie, ani od świata) na przeżycie swoich emocji, jest jak gorset, który trzyma wnętrze, żeby nie rozlazło się z rozpaczy i bólu. Rezygnując z walki o prawdziwego siebie, nie przyznając się do słabości, popadamy w kryptodepresję. Prawie nic nie wskazuje na to, że ją przeżywamy. Przecież świetnie sobie radzimy zawodowo, dzieci są czyste i zadbane. My, mężczyźni, stawiamy czoła, nie narzekamy, nie uronimy łzy. Może czasem jesteśmy milionerami, ale nasz bilans emocjonalny bliski jest zeru. Wydaje nam się, że wygrywamy, podczas gdy jest zupełnie inaczej. Potrzeba pracy, by nie tylko to zmienić, lecz przede wszystkim zdać sobie z tego sprawę.

Zmiana przyjdzie z czasem

Mamy to szczęście (w odróżnieniu od naszych ojców czy dziadków), że darem naszych czasów jest szeroki dostęp do narzędzi pracy z samoświadomością. Dzięki nim nie przekażę synowi przynajmniej części mrocznego spadku po przodkach. Pozwalam mu płakać, nie mówiąc, że to babskie. Pozwalam mu walić w poduszkę, gdy jest wściekły, i rozmawiam z nim o jego rozterkach. W zamian on ujawnia mi swoje emocje na poziomie, który nigdy nie był mi dany w moim dzieciństwie.

Nie ukrywam, że w kwestii mojego ojca i kontaktów z nim wciąż miesza się we mnie chęć ucieczki i nawiązania relacji. Ciągle próbuję, drążę w historii, wypytuję i jednocześnie wściekam się, cichnę, kiedy nie chce mnie przyjąć z moim światopoglądem. Czasami mam też swoje małe zwycięstwa i radości, gdy mnie słucha i stara się mnie zrozumieć.

Nasza relacja ulega stopniowemu przeobrażeniu. Rozmowy to najbardziej wymagająca część tego procesu. Trudno mi zadzwonić, trudno nawiązać rozmowę na osobiste tematy. Górę biorą obawy przed poruszaniem spraw tak długo ukrytych w ciemności. Mimo wszystko wiem, że bez względu na efekt końcowy warto podejmować trud ‒ choćby dla przyszłych pokoleń. Tego też i wam życzę.


Bartek Bartosiński
Bartek Bartosiński

Fotograf, twórca obiektów w duchu upcyklingu i abstrakcyjnych historii. Interesuje go psychologia zorientowana na proces, edukacja alternatywna i muzyka alternatywna.