Open top menu
Jak wygrać życie po wielkiej katastrofie

Jak wygrać życie po wielkiej katastrofie


Czasem myślisz, że jesteś na dnie. Cały świat zdaje się krzyczeć, że masz rację. Z drugiej strony nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być gorzej. Jak zatem się podnieść, mimo braku sił? Jak przekonać siebie, że jest się coś wartym? To naprawdę może się udać. Choć nie od razu.

Jeśli ci w życiu nie idzie i wpadniesz twarzą w błoto, musisz być jak dzik – pchać to błoto ryjem do przodu ‒ z tą złotą myślą Mariusza Pudzianowskiego obudziłem się z samego rana w pewien kwietniowy poranek 2013 roku. Po chwili oszołomienia głębokim snem i dezorientacją powoli zaczęła do mnie docierać rzeczywistość.

Bolesna, bo naznaczona trzecim dniem odtrucia alkoholowego. Byłem sam i sam musiałem uporać się ze wszystkimi lękami i problemami, które na mnie spadły po 6 latach ciężkiej harówki we własnej firmie. Rachunek zysków i strat nie powalał, w zasadzie były same straty. Puste mieszkanie, bo żona i dzieci się wyprowadzili, sześciocyfrowe długi, sprawy komornicze, poczucie bezwartościowości i totalnej klęski, koniec snu o byciu rekinem biznesu i dużych pieniądzach. To była moja nowa rzeczywistość, a raczej czarna dziura.

Padłeś? Powstań!

Mimo ogarniającej beznadziei skupiłem się na małych działaniach. Bo przecież trzeba żyć, trzeba jeść. Następne dni to była próba zarobienia choć paru złotych na jedzenie i niemyślenie o tym co dalej. Bo prawda mogła dobić. Jedyną opcją było nauczyć się żyć dziś. Tylko dziś. Robić to, co mam dziś do zrobienia, rozwiązywać tylko to, co dziś mogę rozwiązać. I tyle.

Myśli jednak napływały. Trzeba się było powoli z nimi mierzyć. Do problemów dołączyła nowa sprawa ‒ jeden z kontrahentów zażądał bezzasadnie kilkuset tysięcy złotych, obciążając tym żonę. Tylko ja wiem, jakie uczucia wtedy mną owładnęły i jakim bezwartościowym mężczyzną się czułem. Z mojej winy rodzina miała mieć jeszcze gorzej. Czułem, że lada moment pęknę i sytuacja mnie przerośnie. Na szczęście zgodnie z moim postanowieniem zacząłem od drobnych kroków. Wybrałem na chybił trafił kancelarię prawną, licząc, że uda mi się z nimi dogadać. I stał się cud. Kancelaria podjęła się obrony, a sprawy honorarium miałem uregulować po wygranej. Mały sukces na usłanej kamieniami drodze.

Walka o (nowe) życie

Podbudowany jednym pozytywnym załatwieniem sprawy zacząłem szukać pracy. Przygotowałem się do tego dobrze: ukryłem część swoich kompetencji, byleby znaleźć jak najszybciej nowe zajęcie. Wiadomo, od ręki nie zatrudnia się prezesa czy menedżera, a ja nie mogłem czekać. Postawiłem na handel, bo zanim zacząłem przygodę z własną firmą, właśnie tym się zajmowałem. Kolejne tygodnie mijały szybko na rozsyłaniu CV i zaliczaniu rozmów rekrutacyjnych. Parę ofert odrzuciłem. Nie przyniosłyby szybko jakichkolwiek pieniędzy, a mnie w głowie dudniło, że nie mam czasu. Musiałem zarobić już! Dać na dzieci! Spłacać choć pieniądze, które pożyczyli mi znajomi, bo banki czy skarbówka miały poczekać. Presja rosła. Próbowałem ze wszelkich sił budować w sobie przestrzeń na to, choć moje emocje były w rozsypce. Złość, nerwy, brak pomysłu co dalej, poczucie osamotnienia i wstydu nie pomagały w tej walce. Tygodnie mijały, a ja szarpałem się jak wściekły, bo nic mi nie wychodziło. Czułem, że emocjonalnie moje życie to sinusoida. Jednego dnia byłem pełny sił i wiary w przyszłość, drugiego nie byłem w stanie wstać z łóżka. Teraz wiem, że miałem kryzys.

Raz na wozie, raz pod wozem

Po 8 miesiącach dostałem pracę ‒ pracodawca poszedł mi na rękę, by komornik nie zajmował mi całej pensji. Niestety czułem, że ta oferta nie jest dla mnie. Optymalizacja przedsiębiorstw to nie było coś, w czym mogłem się odnaleźć, więc szukałem dalej. W międzyczasie interesowałem się wszystkim, co się działo w firmie: ludźmi, działami i budowałem relacje. To zaprocentowało w niesamowity sposób.

Jako facet czułem się słabo: brakowało mi pieniędzy, nie mogłem dać wsparcia finansowego rodzinie, wręcz momentami miałem się za pasożyta. Presja nie opuszczała mnie ani na chwilę. To ona jako pierwsza witała mnie każdego dnia, mimo że wiedziałem, jaką drogę już udało mi się pokonać i z czym się zmierzyć. Pieniędzy ciągle brakowało i spłacanie zobowiązań szło jak po grudzie. Dostrzegałem problem ze sobą i dlatego zapisałem się na roczne darmowe warsztaty, żeby zmierzyć się z całym tym błotem wewnątrz.

Czułem, że odbudowywanie własnego poczucia wartości i dbanie o rozwój bez wywiezienia tego szamba się nie uda. Nie potrafiłem złapać momentu, kiedy moja choleryczna natura daje znać o sobie i emocje rozkręcają się jak turbina sportowego samochodu. Ułamki sekund a ja się już gotowałem. Z upływem miesięcy pracy nad sobą odkryłem, co to radość bez podbitki chemicznej, co to spokój, poznałem całą paletę emocji od trudnych do łatwych. Nauczyłem się zauważać je u siebie. Nauczyłem się śmiać od nowa. Moje życie zaczęło się zmieniać. Powoli wyłapywałem złość, budowałem kontrolę nad emocjami. Dotarło do mnie, że prawdziwa wolność to wybór reakcji. I to było odkrycie.

Gwiazdka z nieba

I przyszedł ten dzień, gdy dostałem drugą pracę. W połączeniu z pierwszą to już było coś. Trochę gimnastyki czasowej, wcześniejszego wstawania, dyscypliny, planowania i zaczęło wszystko wyglądać dobrze. Tymczasem stało się coś, co bardzo mnie podbudowało. W pierwszej pracy poproszono mnie o zastąpienie osoby w dziale audytów. Pierwszy raz od dawna poczułem, że mają do mnie zaufanie.

Poczucie wartości przyjemnie łechtało. Ta ścieżka przyniosła z czasem nadzwyczajne zasoby i możliwości. W międzyczasie toczyły się rozprawy sądowe. Po 1,5 roku batalii zapadł wyrok – oddalenie powództwa. To było święto podbudowane nadzieją, że będzie dobrze. Długi spłacałem, ugody z bankami, ludźmi, prokuratorem i skarbówką udało się dogadać. Choć mój miesiąc podzielony był na terminy spłaty zadłużenia, wreszcie miałem z czego je regulować.

Nowy ja

Odkąd się podniosłem z upadku, zacząłem mieć nowe motto: Daj czas czasowi. Rób swoje, a on i tak upłynie. Na początku, przyznaję, myślałem, że to wszystko się nie uda. Minęło jednak kolejne 5 lat, a ja jestem w innym miejscu. Większość zobowiązań zbliża się do końca. To, co wydawało się kiedyś nie do załatwienia, w dużej części już nie istnieje. Jestem też innym człowiekiem. Cała historia dała mi poczucie, że cokolwiek się nie wydarzy, dam sobie radę. Lepiej poznałem siebie i nauczyłem się, jak sobie radzić, kiedy przychodzą kłopoty, nawet te wielkie. Jestem wdzięczny za to, co się zdarzyło, bo jestem w miejscu, o jakim nawet nie śmiałbym marzyć.

Odzyskałem zaufanie ludzi, odbudowałem stabilność finansową. A co robię teraz? Lubię dzielić się z innymi swoim doświadczeniem. Bo ja już wiem, że właściwe pytanie nie brzmi, czy pojawią się trudności, tylko kiedy i czy jesteśmy na nie gotowi. Ja nie byłem. Kosztowało mnie to dużo sił, czasu i pracy nad sobą, bo poruszałem się po omacku. Teraz chcę pomagać innym unikać moich błędów. I wiem jedno ‒ z każdej sytuacji jest wyjście, więc nie wolno się poddawać! Trzeba działać, bo czas i tak upłynie. Zatem do dzieła!


Mateusz Brol
Mateusz Brol

Pasjonat psychoedukacji. Wierzy w ludzi i stara się pokazać im ich wartość. Jako człowiek po przejściach zna siłę kryzysu i pomaga ludziom sobie z nim poradzić w taki sposób, żeby był on twórczy. Ciągle szuka nowych możliwości i rozwiązań.