Open top menu
Spraw, by następne święta były lepsze

Spraw, by następne święta były lepsze


Nowy rok zmusza do refleksji. Dożyliśmy czasów przesytu konsumpcjonizmem psującego atmosferę każdej świętości i każdego czasu. Liczy się ilość, nie jakość – i nas to męczy, czy już zdajemy sobie z tego sprawę, czy jeszcze nie. Kobiety żalą się na wyczerpujące i czasochłonne przygotowania potraw, ustrajanie domów i organizowanie wszystkiego tak, aby każdy mógł być syty i zaspokojony. A jaką rolę przyjęli w tym niby spokojnym, lecz jednak irytującym i nerwowym czasie mężczyźni? Co można zrobić, by na nowo odkryć radość świętowania? Czy da się wrócić do przeżywania świąt w starym stylu? A jeśli tak to od czego zacząć?

Rozejrzyj się, czy widzisz już, że sens przygotowań świątecznych uległ głębokiej zmianie? Zamiast zadumy nad życiem mamy pułapkę gonitwy w celu zaspokojenia potrzeb posiadania, kupowania i niczym nieograniczonego spożywania.

Dopiero co minęły listopadowe momenty czczenia pamięci o zmarłych, które ostatnio przerodziły się w licytację na wielkość i liczbę zniczy pojawiających się na grobach, a już przyszły następne święta – tym razem te najbardziej rodzinne – a wraz z nimi kolejna gonitwa za wszechdostępnymi towarami. Widząc to wszystko (albo raczej uczestnicząc w tym procesie), nic dziwnego, że czujemy się znużeni i zmęczeni.

Koszmar świątecznych zakupów

Rozmawiając ze znajomymi czy podsłuchując przy okazji konwersacje panów, wszędzie słyszę echa tych samych problemów. Zmorą są zakupy: przeludnione markety, stracony czas, zapełnione parkingi, na których dochodzi nierzadko wręcz do gladiatorskich scen walki o wolne miejsce, i wszechobecna nerwowość.

Panowie niby nie potrzebują wiele: kilka butelek ulubionego alkoholu, coś na przekąskę i wystarczy. Gorzej jest z prezentami, bo albo w ogóle nie kupują, albo nie za bardzo wiedzą, co kupić. Czy to świadczy o ich bezduszności i niewrażliwości na tak drobne sprawy? Raczej nie. Mężczyźni też lubią obdarowywać prezentami, ale czują się w tym mniej pewni od kobiet. Im czasami wystarczy coś niewielkiego, niekoniecznie taniego, lecz ważnego. Sami natomiast mają problem, czy kolejna butelka perfum dla żony albo kolejne pudełko klocków dla syna to wystarczający prezent.

Czasami bardzo się starają, ale czują się zrugani i niedocenieni, bo zamiast perfum mogła być jakaś biżuteria, a syn już jest za duży na klocki i można było pomyśleć o laptopie. Nie rozumieją, mają wrażenie, że od nich wymaga się więcej, że inni mają większe oczekiwania, a oni nie potrafią sprostać wymogom.

Piekło zakupów, w którym kobiety często pogrążają się bez opamiętania, doprowadza ich na samą myśl do białej gorączki. Trochę nie zdają sobie sprawy z faktu, że kiedy już stół jest suto zastawiony, oni również są beneficjentami neurotycznych zakupów.

Wydaje mi się, że lepiej znoszą zakupy bardziej praktyczne, te, które mają zapewnić dostatek w trakcie świąt, gorzej odbierają – bezsensowne dla nich – zaopatrywanie się w kolejne stroje na sylwestra czy ozdoby na choinkę. Panowie godzą się na to świadomie lub nie, tłumiąc swoje emocje.

Przerost formy nad treścią

Mam wrażenie, że wielu mężczyzn pogubiło się i nie pojmuje męczącego dla nich przystrajania domów mnogą ilością światełek. Są co prawda tacy, którzy w tym się lubują. Chcąc pokazać i podkreślić swój prestiż oraz zawartość portfela, ustrajają domostwa ilością ozdób iście lunaparkową, kiczowato amerykańską.

Ma się świecić wszystko, co tylko można podświetlić: dachy, kominy, poddasza, quasi-antyczne kolumienki pod balkonem, iglaki rosnące wokół obejścia, a do tego, gdzieś między tym wszystkim, mają stać jeszcze mikołaj, sanie i renifery. Słowem dobrobyt pełną gębą, nieważne że często bez gustu i z przesytem. Możliwości są nieograniczone.

Na szczęście mam wrażenie, że niektórzy zaczęli dawać sobie z tym spokój, że przynajmniej gdzieniegdzie minął czas robienia z domostw świątecznego Las Vegas. Za tym ograniczeniem pokazówki idzie też co innego. Niektórzy pytają, po co to wszystko.

Tyle starania, pracy, wysiłku, nerwowości? Gdzie ten charakterystyczny nastrój, który dawniej dominował w okresie świąt? Po co ten cały przesyt, który coś stwarza, tylko co? Nie każdy rozumie i umie sobie odpowiedzieć na powyższe pytanie. Niewielu zdaje sobie sprawę, że szaleńcze zabieganie okołoświąteczne wytwarza coś bardzo negatywnego.

Świąteczny czas (bez) refleksji

W efekcie nieustającej gonitwy za więcej i drożej – zamiast czasu refleksji i radości – mamy kolejne święta, które mają się jak najszybciej skończyć. Gdy siedzą już wszyscy przy stole, potraw jest wystarczająco dużo, są prezenty, świecą się choinki a ktoś próbował zaśpiewać kolędę, ale nie wyszło, bo z przepełnionymi niestrawionym jedzeniem wnętrznościami jakoś gorzej wydobyć z siebie głos, pojawia się coś, co uwiera.

Wielu odczuwa to trudne i gryzące uczucie, tak bardzo ciężkie do wyartykułowania. Jest PUSTKA – męcząca, monotonna, irytująca, a zarazem powodująca tęsknotę za czymś, co się znało i co gdzieś się po drodze zgubiło.

Jakieś takie te święta jak nie święta – powiedział mi znajomy w trakcie odwiedzin. – Byliśmy u rodziny: jednej, drugiej, poszliśmy z dziećmi do szopki, siedzieliśmy razem, ale to nie to, co było dawniej. Wielu wspomina inny rodzinny czas, który na ogół koncentrował się wokół dziadków, starszych członków rodziny potrafiących tak zorganizować wszystko, że miało to sens i swoją moc.

Ze smutkiem oznajmiają, że obecnie tego nie ma, że coś się gdzieś zapodziało i nie potrafimy tego ponownie w sobie wskrzesić, odnaleźć. Nie umiemy być jak nasi przodkowie, odczuwać głęboko i poważnie bożonarodzeniowych okoliczności.

Przyszło nowe, niekoniecznie lepsze

Dlaczego tak się dzieje? Według mnie pierwszym motywem, który nas odgrodził od tamtych lat, jest dorosłość. Inaczej odbiera się pewne sprawy. Już nie jesteśmy dziećmi, nie wierzymy, że mikołaj czy aniołek przynosi nam prezenty, a ubieranie choinki staje się nudnym obowiązkiem. Po drugie wszystko psuje biznesowy i czysto handlowy charakter pojawiania się świątecznych artefaktów już od początku listopada.

Jeżeli na długo przed tym, kiedy nastaje świąteczny okres, widzimy światełka, choinki i słyszymy irytujące anglosaskie pseudokolędy nieprzystające do naszej kultury, to staje się to po kilku dniach męczące, denerwujące – czujemy przesyt.

Ulegliśmy złudzie, że musi byś głośno, błyszcząco i świetliście, a zapomnieliśmy o czymś takim jak oczekiwanie na przyjście. W katolicyzmie okres ten nazywa się Adwentem, czyli właśnie czasem cierpliwego czekania na narodzenie się Boga. Dla ludzi laickich może być to okres wyciszenia się, pomyślenia nad tym niezgłębionym okresem w roku, kiedy dni są coraz krótsze, noce długie i męczące, a poranki mroczne i senne.

Dawniej, a wiązało się to głównie z obrzędami religijnymi czy ludowymi, ludzie cierpliwie przeżywali ten moment poprzez spokojne przygotowywanie się do świąt. Byli przede wszystkim razem, bo wtedy łatwiej jest znosić zalegające nad światem ciemności. Gromadzili się, by w wieczornej ciszy łupać orzechy, kleić łańcuchy na choinkę.

Teraz tego nie ma, są za to szybkość, gotowość, zabieganie i zapracowanie. Dawniej mężczyźni mieli swoje role, a kobiety swoje. Jedni ubijali trzodę na świąteczny stół, szli po choiny do lasu, drudzy zajmowali się wspólnym pieczeniem ciast.

Teraz na ogół tego nie robimy, bo nie ma czasu, bo się nie chce, bo jest wygodnie, kiedy wszystko można gotowe kupić. Co to za czasy, kiedy nawet na wsiach sianko pod wigilijny stół kupuje się w worku foliowym w sklepie? Jak to często bywa, zaczyna szukać się winnego, niekoniecznie zaczynając od siebie.

Wielu panów całą winą za świąteczne absurdy obarcza swoje kobiety. Bo to ona temu wszystkiemu ulega, bo to ona musi mieć, bo to z nią są zawsze nerwowe zakupy i przygotowania, bo po co tyle ciasta, kiedy i tak się wyrzuca, bo po co tyle wszystkiego, kiedy się marnuje. Kobiety nie są jednak wszystkiemu winne. One po prostu starają się, bo tak zostały wychowane i taki mają pierwotny instynkt, by organizować rodzinom domowe ogniska.

Zresztą nikt tu nie jest winny. Wszyscy żyjemy w takim, a nie innym czasie. Każdy z nas jest ofiarą obecnego poziomu cywilizacji i nawet jeśli zdajemy sobie z tego sprawę i mamy postanowienia ograniczyć pewne czynności, to i tak w pewnym momencie skusimy się na jeszcze jeden kawałek ciasta, którego niby miało być za dużo.

Powrót do tego, co ważne

Czy naprawdę jest aż tak źle? Myślę, że i tak, i nie. Od kilku lat na szczęście zauważam, iż coraz większa liczba osób zdaje sobie sprawę, że nie o to w tym wszystkim chodzi. W tym roku tylko ze dwa razy usłyszałem w sklepie irytujące Last Christmas. Mam też wrażenie, że pierwsze uliczne ozdoby świąteczne pojawiły się nieco później niż w poprzednich latach. Oczywiście wszyscy jesteśmy w to zagłębieni, jednak mamy wybór.

Możemy decydować, jak spędzić świąteczny czas i co w tym okresie robić. Kilkoro moich znajomych zrozumiało, że ma na tę świąteczną pustkę jakiś wpływ. Odkryło nagle, że mocowanie choinki czy przystrajanie domu jest czynnością męską i można ją zorganizować w odpowiedni sposób. Nie ma to na celu wzbudzenia podziwu i zazdrości sąsiadów czy pokazania w ten sposób swojej zamożności, ale podarowania tego czasu dzieciom.

Zorganizowania wszystkiego tak, aby to one czuły się ważne i obecne, miały poczucie sprawczości i uczestnictwa. Nieważne, że choinka nie będzie ubrana tak, jakby się chciało. Ważne, że sprawiło to radość najmłodszym członkom rodziny, a ich szczęście przenosi się na szczęście dorosłych. Inni zrezygnowali z męczących odwiedzin rodziców, dziadków, teściów, by w końcu spędzić ten czas pośród tych naprawdę najbliższych, owoców własnej męskiej działalności i męskich starań. Odkryli, że bycie razem jest ważniejsze i daje o wiele więcej niż ciągłe starania, aby zaspokoić potrzeby innych.

Jeden znajomy stwierdził, że nie będzie spędzał początku świąt na wysyłaniu i odpowiadaniu na SMS-owe życzenia, drugi oznajmił, że pójdzie na zakupy, ale zrobi to na spokojnie i z umiarem, tak aby cieszyć się tym, co może nabyć dla siebie. Jeszcze inny chce kontynuować z rodziną czy przyjaciółmi przedświąteczne lepienie pierogów czy uszek do barszczu, pieczenie pierników i że podczas świąt pójdzie na spacer: jeśli będzie śnieg, to chce się rozkoszować urokami zimy, a jeśli nie, to z rodziną poogląda przystrojone ulice i domy.

Owocne postanowienia

Oczywiście nie jest to łatwe. Nietrudno sobie coś postanowić, trudniej na ogół to zrealizować. Tutaj potrzeba dorosłej, niejako męskiej i konkretnej decyzji, że mimo wszystko można się postarać i nawet jak nie wyjdzie, to jednak jest się już czegoś świadomym i się próbowało. Może to jest również ten czas, by nie tylko pobyć z innymi, ale być również z samym sobą.

Zagłębić się w swoje własne ciepło, w swoje jestestwo. Odkryć w sobie coś, czego się dawno nie widziało, czego się latami szukało i co ma szansę narodzić się w okresie, kiedy nad światem panują ciemności, ale gdzieś na niebie pojawia się błyszczące światło – znak, że tak jak w najjaśniejszym blasku zawsze pojawi się jakiś cień, tak samo w najgłębszej i ponurej ciemności zawsze rozbłyska mała iskierka nadziei.

I choć święta już za nami, warto kontynuować przez cały rok takie podejście. Dzięki temu nie tylko następne święta nie będą wypełnione pustką, codzienność też na tym zyska.


Paweł Czachor
Paweł Czachor

Pracownik instytucji kultury. Przyjezdny Krakus z Podkarpacia, który uwielbia szwendać się po mieście oraz długie górskie wycieczki. Prowadzi w mediach społecznościowych stronę Cytatnik, na której publikuje fotografie i cytaty z przeczytanych książek, które go urzekły.