Open top menu
Miłość z sieci, czyli jak szukać, by znaleźć

Miłość z sieci, czyli jak szukać, by znaleźć


Warto próbować. Kto nie próbuje, ten nie ma, jak mówi powiedzenie. Tę prostą radę można zastosować do wszystkiego. Także do poszukiwania swojej drugiej połówki. Z taką myślą wkroczyłam w świat randek w ciemno. A co z tego wynikło? Przekonajcie się sami!

Na wstępie uściślijmy, że jestem zdania, że nie szuka się drugiej połówki jabłka, lecz połówki jabłka tego samego gatunku. Bo cudów nie ma. A im jesteśmy starsi, tym większy bagaż doświadczeń, przyzwyczajeń (by nie powiedzieć dziwactw) i oczekiwań niesiemy ze sobą.
Dlatego fajnie jest znaleźć, choć przy poszukiwaniach trzeba się nieźle natrudzić. Ale ale. Przecież w końcu musi się udać, skoro innym się udaje.

Jak trudno znaleźć drugą połówkę, wie tylko ten, który jej z biegiem lat ciągle nie może znaleźć. Gdy możliwości poznania nowych ludzi mają się na wyczerpaniu (bo w pracy brak przyjęć, grono znajomych od lat to samo albo nawet mniejsze), warto rozważyć wszystkie opcje.
Internet, aplikacje, programy kojarzące ludzi o podobnych (przynajmniej w teorii) upodobaniach walczą o uwagę singli i proponują złote góry. Z drugiej strony wielu z nas zna kogoś, kto poznał swoją drugą połowę na randce w ciemno (nawet jeśli się do tego nie przyznaje). Postanowiłam spróbować i ja.

Pierwsze koty za płoty

Na pierwszą randkę wyruszyłam z dozą niedowierzania, ale hej, raz kozie śmierć! Podchodząc do stolika, wiedziałam już, że nic z tego nie będzie. Najchętniej bym uciekła, jednak przyzwoitość mi nie pozwalała. Skoro ktoś przyszedł tu dla mnie, nie mogłam go wystawić.

Podjęłam wyzwanie i dosiadłam się, udając niewymuszony uśmiech. Pan odwzajemnił go i na dzień dobry powalił brakiem w uzębieniu. W mojej głowie trwała gonitwa myśli… i złośliwości. Do tego miał taki przyzwoity sweterek z wzorkiem i w serek. Jak mój dziadek.

Po prostu po drugiej stronie stołu siedział poczciwy człek chcący poznać normalną kobietę, który zwiedził nieco świata (był w Norwegii 8 miesięcy, ale jakoś język mu do głowy nie wchodził, więc wrócił), mający własną firmę budowlaną, dużo pracujący i szukający bratniej duszy. Nasze drogi rozeszły się tak szybko, jak się spotkały. Nigdy więcej do siebie nie zadzwoniliśmy.

Nie tracąc wiary…

Idąc za ciosem, umówiłam się na kolejne spotkanie. Trafił mi się przemądrzały typ. Czegóż to on nie widział, czegóż to nie słyszał… Zatrzymał się na opowieści o izolacjach i salsie. Mówił o tym w taki sposób, jakby była to najważniejsza rzecz na świecie.

Nie miałam pojęcia, o czym facet gada. Nie śmiałam zapytać wprost, gdyż czułam się skrępowana przy tak obytym i światłym człowieku. Postanowiłam po spotkaniu uzupełnić braki wiedzy w Google.

(Okazało się, że owe izolacje to nic innego jak wstęp do nauki tańców latynoskich, czyli pan był po prostu kursantem salsy i to na etapie początkowym.). Gdy temat izolacyjny został wyczerpany, opowiedział mi o swoich doświadczeniach z randkami w ciemno.

Słuchałam z zapartym tchem. Jedna z pań na spotkanie przyszła z katalogiem z biura podróży, bo bardzo chciała jechać z nim na wycieczkę. Oczywiście zapłaconą przez niego. Inna przesłała zdjęcie, jednak na żywo okazało się, że twarz się zgadza, gorzej z resztą.

Przesłane zdjęcie sprytnie ukryło dużą nadwagę, która była najmocniejszą stroną owej pani. Mój rozmówca był nad wyraz wysoki i tak samo szczupły, domniemywam więc, że nadwyżkowe kilogramy wspomnianej pani faktycznie mogły być powodem konieczności dalszych poszukiwań. Kandydatka nr X już na początku rozmowy zapytała o przekonania religijne oraz ewentualny ślub…

Spotkanie upłynęło w takiej właśnie dziwnej atmosferze samochwalenia się i wspominek. Dobrze, że w końcu dobiegło końca, choć niestety znów przyznać przed sobą musiałam, że poniosłam kolejną matrymonialną klęskę.

… ani optymizmu

Jako że wytrwała ze mnie dziewczyna, nie odpuszczałam. Kolejnym kandydatem został Krzysztof Krawczyk. Nie ten prawdziwy, rzecz jasna, lecz pan, który wyglądał jak jego sobowtór! Jakież było moje zdziwienie, kiedy pojawił się rosły, kudłaty i wąsaty pan. Krzysio jako żywy.

W oczekiwaniu na parostatek zaliczyłam kolejne opowieści doświadczonego poszukiwacza miłości w sieci. Tym razem dowiedziałam się o napastliwych kobietach w różnym wieku.

Apetyt seksualny przedstawicielek mojej płci był dla mnie zaskoczeniem. Krzychu był gotów od razu się oświadczyć, zabezpieczyć moją przyszłość, a nawet kupić mi samochód, bym nie marzła w drodze do pracy i nie tłoczyła się w środkach komunikacji miejskiej. Krótko mówiąc, pan zaskoczył mnie więcej niż raz. Albo o jeden raz za dużo.

Pierwsze wrażenie… można zrobić raz

Przegrzebując profile i odpisując na randkowe wiadomości, w końcu pojawiła się iskra nadziei. Może to ten jedyny? Był piękny niczym z obrazka ‒ aż miałam wątpliwości, czy jestem godna takiego okazu. Przyjechał aż z drugiego końca Polski, by mnie poznać.

Wynajął pokój w pensjonacie, tym samym wykazując się klasą i taktem. Nie dość, że oko cieszył, to był inteligentny i zabawny. Spotykaliśmy się przez kilka dni, a on chętnie o sobie opowiadał. Zdecydowanie chętniej niż słuchał. Kilka lat był w związku, który tuż przed ślubem burzliwie się zakończył, bo narzeczona dopuściła się zdrady.

Zapaliło mi się światełko, gdy słuchałam, jak się o byłej partnerce wyrażał. Wulgaryzm gonił wulgaryzm. Do tego szybko dotarło do mnie, że facet widział tylko czubek własnego nosa. Był zadufanym w sobie człowiekiem, uważał się za księcia z bajki, tylko jakimś cudem koń mu się gdzieś zagubił! Dysponował jedynie starawym autem, które nawet białe nie było. A zamiast lśniącej zbroi miał lśniący początek łysiny. Czar szybko prysł.

I jeszcze jeden i jeszcze raz…

Po tej przygodzie nieco opadły mi skrzydła. Twardo jednak postanowiłam się nie poddawać i jak mantrę powtarzałam, że skoro innym się udało, to mi też musi.

Wróciłam na rynek poszukiwaczy prawdziwego uczucia i umówiłam się kolejny raz. I kolejny. Spotkałam się z samotnym, nawet umiejącym się zachować w stosunku do kobiety 45-latkiem, który jednak prawie ciągle milczał, a gdy już coś powiedział, to tylko o swojej mamie.

A potem trafił mi się przystojny, świetnie zbudowany mężczyzna, który szybko okazał się samotnym wilkiem. Zostaliśmy z Piotrem kumplami od czasu do czasu spotykającymi się przy piwie. Potem jeszcze wysłuchałam pana chcącego zaimponować budową domu.

Planami wybudowania, jak się szybko okazało. A, i był jeszcze kandydat stanu wolnego – tak jakby, bo jeszcze żonaty, ale to przecież fikcja i nic nie stało nam na przeszkodzie, według niego oczywiście.

Na moim poszukiwawczym koncie miałam po jakimś czasie kilkadziesiąt spotkań i nici z uczucia, za to głowę pełną przemyśleń. Świat internetowych randek mnie zaskoczył i otworzył oczy na duży problem poszukujących.

To, co się naprawdę liczy, to TY

W sieci można wiele. Udawanie kogoś, kim się nie jest, to nie problem. Tworzenie fałszywej tożsamości daje często poczucie bycia władcą sytuacji. Wyczucie rozmówcy i danie mu tego, czego potrzebuje, podbudowuje ego. To działa w dwie strony, bo tak samo chętnie manipulujemy, jak i dajemy sobą manipulować.

Z łatwością pozwalamy się faszerować każdym nadzieniem, które ma słodki smak. Spragnieni uwagi, zmęczeni samotnością jesteśmy łatwym celem dla wirtualnych partnerów. Nawet gdy nabieramy podejrzeń, często słuchamy nadal, gdyż jeśli się zdradzimy, stracimy uwagę jedynej osoby, która nam ją poświęca.

Wiele osób tkwi w wypalonych związkach ze strachu przed samotnością. Zatracamy poczucie rzeczywistości. Dajemy się wodzić za nos wyobrażeniom, które tworzy ktoś nierzeczywisty. Zdecydowana większość z nas nie chce być sama. Chcemy uwagi, bezpieczeństwa, zrozumienia. Pragniemy rozwinąć skrzydła przy pomocy osoby, która w nas uwierzy, bo tak jest łatwiej. Na drodze do znalezienia szczęścia czeka nas wiele potknięć, zakrętów, ślepych zaułków.

Można to sobie choć nieco ułatwić. Wziąć sprawy we własne ręce, szukać, nie zrażać się, być ostrożnym i… zrzucić maskę, przestać udawać. Dać szansę sobie i jej czy jemu na bycie prawdziwym. Nie zamieszczać starych zdjęć, na których jest się mało rozpoznawalnym.

Co z tego, że na zdjęciu sprzed lat wyglądało się lepiej. Dziś jednak jesteś już innym kimś. Jest wiele gustów, dajmy sobie szansę dokonania właściwego wyboru. Aby być z drugim człowiekiem, konieczna jest akceptacja.
Zarówno nasza własna, jak i człowieka, z którym chcemy stworzyć NAS. Warto być dobrej myśli: to nic, że się zapukało do setki drzwi, może za 101 będzie ten, na kogo całe życie się czeka. Powodzenia i wytrwałości! Ja się nie poddałam.


Materiały znalezione powyżej zebrałam na podstawie rozmów z poszukiwaczami, a że musiałam nadać im formę, rzecz opisałam z perspektywy poszukiwaczki.

EVE


Avatar
Fundacja Masculinum

Działamy, aby wspierać mężczyzn, dostarczając wiedzę, organizując spotkania i warsztaty. Masz pytania? Przejdź do zakładki Kontakt.