Pewien czas temu wszedł do mojego gabinetu klient, by, z zalecenia lekarza psychiatry, poradzić sobie z tzw. zespołem lęku uogólnionego. Już po chwili naszej rozmowy wyświetliła mi się w głowie scena z filmu „Władca Pierścieni: Dwie Wieże”. W owej scenie Aragorn, po walce z orkami, spada ze skały do rzeki. Po jakimś czasie woda wyrzuca go, zupełnie bezwładnego, na brzeg. Tam znajduje go jego koń, Brego. Ostatkiem sił Aragorn wdrapuje się na jego grzbiet, by poniósł go, ledwo żywego, do Helmowego Jaru.
Pomyślałem sobie, że to bardzo znaczące skojarzenie – w jakiś sposób pokazujące mi, że być może mój nowy klient był na skraju wyczerpania. Bardzo szybko okazało się to prawdą. Praca terapeutyczna zaczęła się więc od tego, by dać choć trochę regeneracji, czy wręcz „odkarmić” życzliwością, bezpieczeństwem i uważnością.
Czy był to tylko ten jeden raz? Nie.
Często spotykam w gabinecie mężczyzn, którzy wchodzą pewnym krokiem, ale szybko okazuje się, że „jadą na oparach”. W pędzie życia, pomiędzy pracą a rodziną, czasami między pracą a samotnością, nie zauważają, jak bardzo nadużywają siebie! Nie czują, gdy ich siły kończą się a ciało (i umysł, duch, dusza?) woła o odżywienie. Często dopiero kryzys w postaci fizycznej choroby, bezsenności, ataków paniki czy powalającej depresji zmusza ich do zatrzymania się. Dlaczego tak się dzieje?
Przychodzą mi do głowy dwie przyczyny, biorąc pod uwagę historie, które słyszę w gabinecie. Najczęściej są bardzo podobne, zmieniają się tylko życiowe dekoracje.
Życie dla innych
Facet zrobi naprawdę dużo, by jego bliscy byli szczęśliwi.
Często utożsamiamy naszą wartość z poczuciem bycia przydatnym, dlatego rolę Ratownika przyjmujemy jakby domyślnie. Wtedy, naszym życiowym zadaniem staje się dbanie o szczęście i zadowolenie wszystkich dookoła nas, z głęboko ukrytą nadzieją, że może i nami ktoś się kiedyś zajmie. Jednocześnie dzieje się tak, że Ratownik „trafia” na ludzi, którzy pozornie potrzebują ratunku. Są to np. partnerki, które oczekują uszczęśliwiania od partnera, choć same nie wiedzą, czym to szczęście miałoby być. I wtedy zaczyna się niekończący taniec domyślania się, starania o czyjeś szczęście i dowiadywania się, że to jeszcze nie jest to, że to jeszcze nie wystarczy. Że znów się nie domyślił.
Zresztą, nie musi to być taniec z partnerką, czy partnerem. To może być taniec z pracodawcą, którego nigdy nie da się zadowolić, z ojcem czy matką, którzy ciągle będą kręcić głową z dezaprobatą, czy z „przyjaciółmi” ciągle oczekującymi pomocy i obrażającymi się, gdy próbujesz odmówić.
Zapomnieć siebie
By w dorosłym życiu wikłać się w takie relacje, trzeba być kształtowanym w tym kierunku od dzieciństwa. Gdy na miłość, uwagę i życzliwość rodziców trzeba zarobić dobrymi stopniami, grzecznością, zwycięstwami w sporcie lub czymkolwiek innym. Dziecko uczy się wtedy, że jego własne pragnienia i potrzeby nie są ważne. Szybko zauważa, że swoje sprawy musi wycofać, by mieć siły zadowalać innych.
Czasem nagradza się dzieci uwagą i dobrym słowem za bycie „szlachetnym”, czyli: dzielenie się wszystkim z innymi (choć ci inni nie dzielą się z nami), nie trzymanie niczego dla siebie (nawet ukochanej zabawki, bo to egoistyczne), myślenie zawsze najpierw o innych (bez oczekiwania tego dla siebie, bo to samolubne).
Tak….. dzielenie się, uważność i pomoc innym są ważne, ale nie mogą być opłacone zapomnieniem siebie. Idąc w świat z tak skrajnie i nieelastycznie ukształtowaną postawą, mamy wręcz gwarancję, że znajdziemy się wśród ludzi, którzy natychmiast skorzystają z owej „szlachetności”. I trudno się dziwić, no bo dlaczego nie brać, jak ktoś chętnie daje?
Zatroszczyć się o siebie
Często dopiero skrajne wyczerpanie zmusza mężczyzn do zajęcia się sobą. Czynią to, niestety, bardzo opornie, bo przecież zajmowanie się sobą jest „samolubne” albo oznacza „cackanie się ze sobą”.
By wyjść z takiego „zaklętego miejsca” trzeba dużo czasu i mocnego wsparcia. Potrzebne jest odkrywanie, czego ja potrzebuję dla samego siebie. Potrzebne jest zrozumienie, że spełnianie własnych potrzeb nie czyni nas złymi ludźmi. Być może trzeba też będzie uznać, że dla niektórych ludzi z otoczenia staniemy się „tymi złymi”, gdy zajmiemy się sobą, nie dając wszystkiego, co mamy, na zaspokojenie cudzych potrzeb.
I to też jest w porządku.