Mapa zabliźnionych ran
Zabliźnione rany. Za mało o nich myślimy i je czujemy. Oczywiście nie chodzi o ślady na głowie, kolanach, brodzie, czy gdziekolwiek indziej. Te akurat stanowią zapis dziecięco, młodzieńczych najczęściej przygód, z których wyszliśmy czasami cudem obronną ręką. Oddajmy także honor przygodom kuchennym, kiedy dotąd tępy nóż okazywał się zaskakująco skuteczny w swych cięciach.
Nosimy z dumą nasze blizny, ponieważ przeżyliśmy. Julianna Baggotta, Nowa Ziemia.
W naszym życiu nie raz krwawiliśmy z poważnych powodów. Przy powtarzających się ranach, bądź przy szczególnie głębokich, mogliśmy czuć, że one pozostaną niezaleczone. Mogły to być krzywdy doznane w domu rodzinnym, w ważnych relacjach i przy próbach zajęcia własnego miejsca w świecie.
Okazało się jednak, że nie tyle czas zaleczył niektóre rany, co my sami sięgnęliśmy po pomoc, by zatrzymać upływającą krew. Dla każdego oznaczało to inny zestaw ratunkowy: terapia, wsparcie przyjaciół, czy grup samopomocowych, odosobnienie, medytacja, modlitwa. Za wszystkim stał wysiłek włożony w zdrowienie. Nigdy nie działo się to samo i rzadko trwało krótko. Chwilami środki dezynfekujące (bolesna prawda) wydawały czyścowym ogniem. Nadchodziły także momenty ukojenia i łagodnej nadziei, że idzie ku dobremu. Nierzadko rany otwierały się ponownie, szczególnie gdy wiązały się one z doświadczeniami doznanych traum. Gdy nareszcie rany się zabliźnią – bo przecież siła życia współdziała z naszą troską o siebie, powinniśmy z miłosną wdzięcznością patrzeć na ten wypracowany cud. Nasza życiowa wędrówka, która na pewnym jej etapach zaprowadziła nas w krainy cierpienia na szczęście tam nie utknęła. Trzeba celebrować chwile uzdrowień. Ucałować te blizny, które są znakiem tego, że potrafiliśmy samych siebie odpowiedzialnie pokochać. Tyle jeszcze przed nami ścieżek niednego zmagania, że warto świadomie ucieszyć się bogactwem i pięknem zabliźnionych ran
Wojciech Jędrzejewski
