„Jak ty mnie dzisiaj denerwujesz” – usłyszałem, gdy wsiadałem do przedziału w pociągu. Siedzieli tam ojciec i syn. Chłopiec miał może 6–7 lat. Żywe srebro.
– Tato, a dlaczego te pociągi mają takie poobijane dachy? – Tato, a fajnie dzisiaj było?
Słyszę, że wracają z wycieczki do Warszawy. Tata odpowiada krótko. Co chwilę zerka w telefon.
– Tato, mogę telefon? – pyta chłopiec.
– Już dzisiaj miałeś – odpowiada ojciec, nie odrywając wzroku od smartfona. Po chwili podaje jednak chłopcu to, o co prosił. Od tej pory obaj siedzą w ciszy. Każdy wpatrzony w swój ekran.
Tego samego dnia, nieco wcześniej, pewien mężczyzna zapytał mnie: „Bartek, myślisz, że ojciec jest naprawdę taki ważny?”.
Dzisiaj już wiem, że tak. Kiedyś myślałem inaczej. Miałem przekonanie, że moją rolą jest utrzymać rodzinę, a najważniejsza jest matka. Nie zadałem sobie pytania „dlaczego nie możemy być równie ważni oboje?”.
Dlaczego tak trudno jest nam być w kontakcie z dziećmi? Czemu szybko się nudzimy albo czujemy się zmęczeni?
Być może dlatego, że sami tego kontaktu nie mieliśmy i wierzymy – często nieświadomie – że „i tak wyrośliśmy na ludzi”. Tylko że wtedy trudno nauczyć się czegoś, czego sami nie dostaliśmy.
Dla mnie, być tatą i być ojcem to dwie różne role.
Tata to miękkość, czułość, poczucie bezpieczeństwa. To kolana, na których można usiąść. To spojrzenie, które mówi: „jesteś ważny, możesz być sobą”. To też śmiech, wygłupy, budowanie zamku z klocków albo mecz w piłkę nożną, w którym tata gra tak serio, że potrafi się przewrócić i sam śmiać się z siebie. Tata uczy, że świat jest dobry – bo daje radość.
Ojciec to ktoś, kto pokazuje świat z innej perspektywy – daje dziecku poczucie, że świat ma swoje granice, a inni ludzie swoje prawa. Ojciec ma odwagę „oddać” dziecko światu – nie w sensie porzucenia, ale zaufania. To on odpowiada za to, czy dziecko wejdzie w życie z lękiem i poczuciem samotności, czy z doświadczeniem, że było przygotowane i że ktoś był obok. Ojciec to ten kogo zawsze można było prosić o pomoc.
Ojciec daje kierunek, ale też pokazuje, że dorosłość to nie tylko obowiązki. To czas na własne pasje, odpoczynek, spotkania z przyjaciółmi. Dziecko widzi wtedy, że ojciec potrafi nie tylko pracować, ale też cieszyć się życiem – zjeść pizzę z kolegami, pojechać na rower czy po prostu poleżeć na kanapie. Uczy się, że odpowiedzialność może iść w parze z przyjemnością.
Słowa ojca mają wielką moc.
Gdy dziecko słyszy „jak ty mnie denerwujesz!”, to w jego uszach brzmi: „taki, jaki jestem, nie jestem w porządku”. A dziecko przyjmie ten komunikat i schowa go głęboko. Potem kolejny i kolejny. Aż zacznie wierzyć, że naprawdę powinno być inne niż jest. Że dzieci w ogóle są „takie”. I może powie sobie: „nie chcę mieć dzieci”.
Dla mnie najważniejsze w tym wszystkim nie są figury i role. Najważniejsze jest to, co w filozofii Gestalt nazywamy polem rodzinnym – wspólną rzeczywistością, którą współtworzymy razem z dziećmi, partnerami, a także historią naszych rodzin.
Ojcostwo to proces kontaktu: Ja i Ty. Ojciec, mierząc się z własnymi emocjami, granicami i odpowiedzialnością, uczy dziecko, jak wygląda świat i kim ono samo jest. Z kolei to, że ojciec potrafi się cieszyć, śmiać, bawić i mieć swój czas pokazuje dziecku, że życie to nie tylko obowiązki – że dorosłość może być pełna sensu i radości.
Ojciec nie musi być bohaterem. Wystarczy, że czasami będzie tatą – tym, który bawi się i tuli. Wystarczy, że jest obecny. Dostępny. Świadomy siebie i tego, co może dać. Gotowy do kontaktu. Ojciec to odpowiedzialność za relację. Za bliskość, granice i wsparcie. Ale też za to, by pokazać, że kontakt może być lekki, wesoły, pełen dziecięcej ciekawości.
Ojcostwo nie jest rolą do odegrania. To relacja do przeżycia.
Jeśli więc dziecko zapyta „Tato, a fajnie dzisiaj było?” Zachęcam Cię z życzliwością do odpowiedzi: ”Tak, świetnie się dzisiaj z Tobą bawiłem! Co Ci się najbardziej podobało?”