„Zanotuj to sobie na później i zapamiętaj. Koniec nadchodzi niespodziewanie.” James Joyce, „Ulisses”
Mam trzydzieści pięć lat.
Tego dnia miałem spotkać się z przyjacielem. Ostatecznie do niego nie doszło, bo okazało się, że moja córka ma zawody sportowe w przedszkolu. Takie, wiecie, gdzie rodzice biegają razem z maluchami, śmiech miesza się z lekkim chaosem, a nikt nie traktuje tego jak rywalizacji o medal.
Miesiąc wcześniej skończyłem warsztaty dla moderatorów Męskich Kręgów Masculinum. Mocno ustawiły mi one priorytety. Zwłaszcza w rozumieniu męskości jako odpowiedzialności i patrzenia w przyszłość. Spotkanie z przyjacielem mogłem przełożyć. Zawody córki odbywały się tylko tego jednego dnia.
Życie składa się z setek małych wyborów. Niektóre z nich — zupełnie niepozorne — okazują się ratować życie. Tak było w moim przypadku.
Podczas zawodów dostałem zawału serca. Pogotowie wezwano bez wahania. Pomoc przyszła szybko. Wystarczająco szybko. Na szczęście stało się to w miejscu, gdzie była opieka medyczna.
Po wszystkim osoba, która jako pierwsza udzielała mi pomocy, powiedziała coś, co zapamiętam na zawsze: że od razu i bardzo konkretnie mówiłem, co się ze mną dzieje. Opisywałem objawy, nie udawałem, nie bagatelizowałem.
Z tamtego momentu zostało mi jedno zdanie, które wraca do mnie do dziś:
„Nie zgrywaj twardziela. Męskość to mówienie o sobie i o tym, co się z tobą dzieje.”
Po chwili leżysz już na szpitalnym łóżku….. i zaczyna się bilans.
Czy żyłem tak, jak chciałem? Czego mi brakowało? Z czego jestem dumny? Co mogłem inaczej?
Stoickie premeditatio malorum — tylko, że na żywo. Patrzysz w oczy przerażonych bliskich. Patrzysz w oczy śmierci. Rano planowałeś długie życie, a teraz leżysz i umierasz.
Po wyjściu ze szpitala zmienia się cały system, w którym dotąd funkcjonowałeś. Zmienia się rytm dnia, ale też relacja z własnym ciałem. Doświadczam niemocy i ograniczeń. Krótki spacer wokół domu obciąża mnie jak kiedyś wielogodzinna gra w piłkę nożną.
Moje ciało wysyła mi jasny komunikat: ty też jesteś ważny na tym świecie. Kończy się pewność, że „będzie się żyło”. Koniec pewności siebie. Koniec świata, w którym byłem u siebie. Nagle przyszłość przestaje być oczywista. Pojawia się lęk. Lęk, który potrafi wciągnąć w stany depresyjne. „Nie zdążymy razem się zestarzeć, bo ja już jestem tym starszym panem z trudem robiącym kolejny krok. Najgorszy scenariusz to umrzeć. Jeszcze gorszy — stać się ciężarem.”(Rok, w którym nie umarłem, Mikołaj Grynberg)
Bliscy stają się ważniejsi niż kiedykolwiek, choć bycie zależnym bardzo mnie uwiera. Jako rodzina dostaliśmy ogrom wsparcia — od bliskich i zupełnie obcych ludzi. Od sąsiadów, znajomych, znajomych znajomych. Nawet dzieci z przedszkola grupowo narysowały dla mnie laurki.
Kilka miesięcy później, kiedy spotkałem się z absolwentami mojego kursu Moderatorów Męskich Kręgów, zrobili oni krąg wyłącznie poświęcony mi. Doświadczyłem wtedy czegoś niezwykle ważnego: poczucia bycia potrzebnym i wystarczającym takim, jaki jestem. Mogłem być chory. Mogłem być słaby. Mogłem mieć swoje załamania. Nikt mnie nie odrzucał z powodu mojej kruchości. Doświadczyłem męskiego wsparcia. To jeden z obrazów, który wzrusza mnie do dziś. Zanim zacząłem prowadzić własne kręgi, sam doświadczyłem ich mocy. Dzięki temu dziś nie mam wątpliwości, jak ogromny potencjał niosą.
Słyszałem, że kryzys, jeśli dobrze go wykorzystać, potrafi stać się darem. Ten zmusił mnie do ponownego przemyślenia wartości, relacji z samym sobą i tego, jak ogromne znaczenie ma to, jakimi ludźmi się otaczasz.
Zmiana nie przyszła jednak w formie wielkich deklaracji ani spektakularnych postanowień. Przychodziła po cichu — w gabinetach lekarskich, w kolejnych badaniach, w spojrzeniach ludzi, którzy widzieli we mnie coś, czego ja sam jeszcze nie umiałem zaakceptować. Każda wizyta była przypomnieniem, że mój PESEL i moje serce nagle zaczęły mówić różnymi językami.
Co chwilę słyszę ten sam tekst:
„Pan taki młody i już po zawale?” „Kilka dni temu byłem jeszcze za młody na zawał, dziś już jestem seniorem. Młodość minęła jak z bicza strzelił.” (Rok, w którym nie umarłem, Mikołaj Grynberg)
Właśnie w tym pęknięciu — między tym, kim byłem, a tym, kim nagle się stałem — pojawia się coś nieoczywistego, paradoksalnego, coś o czym tylko kiedyś czytałem: śmierć ożywia. Moja świadomość, że wszystko może nagle się skończyć, dała mi odwagę do działania i pozwoliła żyć bardziej tu i teraz. Korzystać z doświadczenia, które zdobyłem. Żyć uważniej i żyć odważniej.
Koniec nadchodzi niespodziewanie.
Warto naprawdę żyć….i badać się, zanim zaczniesz chorować.