Gdy dane jest nam wejrzeć w świat ludzkich historii, których bieg znienacka skierował się w nowym, życiodajnym kierunku, natrafimy na bardzo podobny trop.
To, co długo wydawało się nieodporne na transformację, bo uleżało się i zastygło, nagle zostaje naruszone w podstawach.
Odsłania się jakiś rodzaj emocjonalnej i moralnej prawdy wzywającej, by dłużej nie tkwić w zaklętych rytuałach: bezwład słabości, upadek na dno, ból, samotność, smutek graniczące z rozpaczą, chwilowe spięcie, by „już nigdy więcej” i powrót do starego.
Jakaś dotąd niezauważalna, istotna prawda daje o sobie znać. Widzimy więcej i mniej histerycznie. Ostrzej, w poczuciu realizmu, a jednak bez zniechęcenia.
Dlaczego właśnie w tym momencie? Uproszczeniem byłoby stwierdzenie, że mogło się to wydarzyć dopiero teraz – w konkretnych okolicznościach; że dorośliśmy do przyjęcia nowej perspektywy i oceny rzeczywistości. Równie dobrze mogło być tak, że już wcześniej prawda usiłowała nas obudzić swoim światłem, ale z uporem zakrywaliśmy oczy.
Tak, czy owak następuje ocknięcie, przejmujący moment: jeśli dobrze go przeżyjemy, pozostanie jednym ze skarbów, którego piękno pokażemy nie raz ważnym dla nas ludziom.
Uważaj jednak. Ocknięcie się to zaledwie blask latarni morskiej wskazującej drogę do ocalenia z zamętu, chaosu i miotania się. Ruszaj natychmiast. Nie zwlekaj. Życie pokazuje, że to, co zobaczyliśmy z taką wyrazistością, niepodjęte – szybko potrafi zblaknąć.
Jeszcze przez jakiś czas pamiętamy, że „coś ważnego zrozumieliśmy”, ale nie potrafimy już odtworzyć intensywności tamtej chwili. Jakby świadomość obudziła się tylko na moment, po czym ponownie zapadła w sen. To doświadczenie zna niemal każdy.
Uświadamiamy sobie na przykład głęboką moralną ranę – miejsce, gdzie z kretesem przegrywa w nas to, co pragnie dorastać do powagi życia, odpowiedzialności i oddania. Jeśli jednak mało konkretnie podejdziemy do tego odkrycia – straci ono swoją moc. Zwyciężą mechanizmy ograne przez lata. Pomoże w tym także nasz mózg, który nie lubi trwałych zmian. Znacznie bardziej ceni przewidywalność niż rozwój. Nawet jeśli stare schematy przynoszą cierpienie, to są znajome, a więc bezpieczne.
Nowe spojrzenie wymaga natomiast przebudowy utrwalonych połączeń, zmiany nawyków, a czasem także zakwestionowania obrazu samego siebie. To ogromny wysiłek.
Skierowanie swojej łodzi w stronę latarni morskiej oznacza decyzje, niepodjęte nigdy wcześniej: zakończenie jakiejś relacji lub zdecydowana walka o nią, sięgnięcie po pomoc, włączenie w swój rozwój praktyk, które realnie mogą posłużyć zmianie. Odsłonięcie prawdy przed bliską osobą, którą dotąd trzymało się w kłamstwie, podjęcie drogi naprawy wyrządzonego zła.
Przebudzenie to wezwanie do przemiany. Jest uchyleniem drzwi, przez które trzeba jeszcze wielokrotnie przejść. Świadomość przypomina światło latarni morskiej. Nie świeci nieustannie. Pojawia się w rytmicznych błyskach. Każdy z nich na chwilę pokazuje właściwy kierunek. Między nimi pozostaje ciemność, w której trzeba zaufać temu, co już zostało zobaczone.
Aby nie stracić tego światła potrzebujemy stawiać sobie pytanie:
Co robię, aby nie zapomnieć tego, co wtedy zobaczyłem, a pamiętając, co robię, by wcielić to w życie?