Kiedy Dorota zaprosiła mnie do rozmowy o medytacji w podcaście Radia TOK FM „Sztuka odpoczynku”, pomyślałem: to będzie ciekawy paradoks. Bo medytacja rzeczywiście umożliwia wypoczynek — ale nie jest odpoczynkiem w potocznym znaczeniu tego słowa.
To trochę jak z kawałkiem drewna, z którego można coś wyrzeźbić. Z zewnątrz wygląda jak zwykły klocek — pieniek. Jednak w środku ma słoje, napięcia i swoją historię. Kiedy zaczynasz rzeźbić, drewno zaczyna „pracować” razem z tobą. Podobnie jest z praktyką medytacyjną. Wymaga wysiłku. Potrzebna jest wytrwałość, czasem nawet upór a efekty potrafią zaskoczyć.
Po co w ogóle siadać na poduszce?
Z medytacją spotykam się od dawna. Zaczęło się w liceum — bez oczekiwań, raczej z ciekawości i fascynacji. Dzisiaj widzę, że odpowiedź na pytanie „po co?” bywała różna i zależała u mnie od etapu życia oraz kontekstu. Na Wschodzie mówi się o wyzwoleniu i oświeceniu — to wielkie i piękne słowa. Jeśli sięgniemy do nauk Gotamy Siddharthy — znanego jako Budda — znajdziemy prostą propozycję: „Sprawdź sam. Usiądź i zobacz”. To podejście jest mi bliskie — bez dogmatów, prosta praktyka. W kulturze europejskiej wyzwolenie ma wiele znaczeń. Co to dzisiaj właściwie oznacza? Od czego i w jaki sposób? Z perspektywy współczesnej nauki wiemy dziś całkiem sporo: regularna praktyka obniża poziom napięcia, wpływa na tętno i ciśnienie, reguluje oddech, wspiera procesy regeneracyjne. To może być o wolność od cierpienia i bólu psychicznego, ale gdybym miał powiedzieć najprościej — medytacja daje mi przestrzeń. Przestrzeń między bodźcem a reakcją. A to jest dla minie ważne.
To nie jest ucieczka ani środek przeciw czemuś.
Spotykam osoby, które mają pogląd, iż medytacja jest o niemyśleniu, o pustej głowie. Jeśli usiądziesz do medytacji, to sam możesz sprawdzić czy ta koncepcja się sprawdza. Myśli są jak chmury płynące po niebie — nie mamy na nie wpływu i nie możemy ich zatrzymać. Umysł produkuje myśli podobnie jak serce pompuje krew — tak jest. Nie da się tych myśli zatrzymać, przestać myśleć. Kłopot zaczyna się, kiedy łapiemy jakiś „obłok” i zaczynamy rozkminiać, czy będzie padać z tej chmury i co ten opad spowoduje — zaczyna się polifonia myślenia. W praktyce robię coś bardzo prostego: siadam. Utrzymuję kręgosłup wyprostowany, dbam, aby zachować tę pionową pozycję ciała. To impuls dla układu nerwowego, dla podtrzymania czujności. Oddycham. Obserwuję wdech i wydech. I nagle orientuję się, że od trzech minut planuję jutrzejszy dzień. I jest to moment kluczowy. Nie to, że się rozproszyłem — tylko to, że zauważyłem, że się rozproszyłem. W tym miejscu budzi się samoświadomość. Wracam do oddechu. Z uśmiechem, z radością, że kolejny raz się przebudziłem. I to jest trudność i prostota tego procesu. Ciągłe powtarzanie z łagodnością i wytrwałością.
Dwa skrzydła.
Z czasem dotarło do mnie, że w tej metodzie kluczowe są dwa aspekty praktyki. Tak kluczowi są tutaj nauczyciele — w przenośni i dosłownie. Uważność i współczucie. Uważność to trenowanie powrotu, bycie w tu i teraz. A współczucie jest sposobem, w jakim do siebie mówię, kiedy się budzę. Bez życzliwości, współczucia medytacja może stać się kolejnym polem zmagań i frustracji. Nadmierna fiksacja nad „nie potrafię”, „znowu rozmyślam”, „nie idzie mi dobrze” zacieśnia i proces staje się cierpieniem. W tej codziennej praktyce przecież chodzi o coś odwrotnego — o zgodę na bycie człowiekiem. Trochę neurotycznym, rozbieganym, czasem zmęczonym lub w kłopocie.
A co ze zmęczeniem i z ADHD?
Czasem słyszę od kogoś: „Ja się nie nadaję do medytacji, mam za dużo energii i za dużo myśli w mojej głowie”. Paradoksalnie — takie umysły mają ogromny potencjał. Tam, gdzie jest trudność, możesz realnie odczuć i zobaczyć znaczącą różnicę. Hiperaktywność czasem oznacza też zdolność do hiperfokusu. Ten moment, kiedy wciąga cię jakaś czynność i świat znika. Medytacja uczy przenosić ten potencjał na świadomy wybór obiektu — choćby na twój oddech. Czy to łatwe? Raczej bym tego tak nie określił, ale bywa ciekawe. Czy możliwe? W większości przypadków tak. Porozmawiać ze sobą samym, ustalić i zacząć od 10–15 minut. Szukać w tym odrobiny przyjemności — one tam są. Dostrzegać, łączyć i będzie ich coraz więcej. A jednocześnie czasem usiąść „bo tak się umówiłem ze sobą” — z szacunku do siebie. To może być jak mycie zębów — higiena psychiczna.
Joga, moje ciało i medytacja siedząca.
Moja ścieżka splotła się także z praktyką asan. Dla mnie to jest o tym samym — to system kompletny. Ciało przygotowane przez jogę do siedzenia po prostu wspiera praktykę formalną. Jest wygodniej, łatwiej zanurzyć się w pracę z umysłem, a świadomość ciała wspiera ten proces. Dawniej praktyki ruchowe wspierały tych, którzy spędzali długie godziny w bezruchu. Głęboki relaks w pozycji śavasany bywa stanem granicznym — między snem a czuwaniem. To piękne doświadczenie, także bardzo przyjemne, odprężające. Ale w siedzącej praktyce uważności dochodzi jeszcze element intencjonalnej pracy z umysłem i nie przywołujemy przyjemnych stanów. Świadome: „zostawiam teraz sprawy na boku”. One nie znikają — ja tylko na chwilę przestaję je karmić, nie wspieram ich swoją uwagą, nie poddaję obróbce.
Czy to pomoże na stres?
Jasne, stres może być realnym, trudnym do zniesienia doświadczeniem. Praktyka uważności zwiększa pojemność na jego przeżywanie. Z tego, co mówią osoby regularnie medytujące oraz badania, praktyka zwiększa zdolność regulacji emocjonalnej. Można powiedzieć, że układy nerwowe praktykujących uważność regenerują się sprawniej i są stabilniejsze. Z mojego doświadczenia — daje więcej spokoju. Strach bywa nadal silny. Lęk potrafi zalać. Ale jest coś jeszcze — więcej przestrzeni wewnętrznej, w której mam możliwość podjąć decyzję, wybrać zamiast zareagować. I świadomość, że mogę zostać z tym, co trudne, bez natychmiastowej ucieczki.
Drobne kroki.
Lubię metaforę ziarenek piasku. Każda praktyka to jedno małe ziarenko. Niewiele. Czasem ledwie zauważalne. Ale po latach tworzą się z nich całe wydmy doświadczenia. Często po dłuższej praktyce, jakimś odosobnieniu medytacyjnym – albo nawet po poprowadzonej sesji jogi – pojawia się coś, co nazywam „wewnętrznym uśmiechem”. Nie euforia. Raczej cicha zgoda. Delikatne rozświetlenie. Nie twierdzę, że medytacja jest dla wszystkich w każdej formie. Myślę też, że nie rozwiąże wszystkich problemów. Z badań wynika, że wspiera regulację stresu, koncentrację i dobrostan. Z mojego życia wynika, że pomaga mi być trochę mniej reaktywnym, a trochę bardziej obecnym – w relacjach, w pracy, w ciszy.
A moja osobista opinia? Tak, w świecie, który nieustannie woła „szybciej”, sama decyzja, by usiąść i niczego nie poprawiać przez 15 minut, jest aktem odwagi. I może właśnie dlatego ta zwykła poduszka bywa miejscem bardzo niezwykłym. Z całego serca polecam – to jest w twoim zasięgu i warto zmieniać świat od własnego wnętrza.