Przejrzę w chmurze miniatury zdjęć – wspomnienia swoich strat i zaproszę je na spotkanie. Najlepiej na żywo, chociaż w wyjątkowych okolicznościach niech przynajmniej wyślą głosówkę, film, lub tekst. Co mi powiedzą zwłaszcza te najdotkliwsze? O jakim smutku napiszą wiersze? Może niektóre z nich wybiorą formę traktatu filozoficznego, lub moralitetu. Któraś z nich wypowie się w formie medytacji tchnącej zaufaniem do tajemnych zrządzeń? A co ze stratami, których pustka nigdy nie zabliźniła się sensem?
Gdy już wszystkie wybrzmią wszystkie opowieści, jaką barwę przybierze cisza? Czy na jej dnie pojawi się się słowo i jaką wypowie treść? Czy zdoła nadać kształt nadziei, czy tak ułoży frazy, by rymowały się z sensem?
Pewnego wieczoru człowiek postanowił zaprosić wszystkie swoje straty na kolację.
Nie było to łatwe przedsięwzięcie. Niektóre dawno już nie dawały znaku życia. Inne odzywały się niespodziewanie, zwykle w najmniej odpowiednich momentach. Jeszcze inne mieszkały w nim tak długo, że właściwie przestał odróżniać je od siebie.
Wysłał zaproszenia. Niektóre listami, inne przez posłańców, a do tych najbardziej nieuchwytnych — przez pamięć.
Napisał krótko:
Zapraszam Was na spotkanie. Chciałbym Was wysłuchać. Nie obiecuję, że zrozumiem. Nie obiecuję, że przebaczę. Nie obiecuję nawet, że przestanę za Wami tęsknić. Ale chciałbym, żebyście wreszcie mogły przemówić.
Przygotował długi stół. Nakrył go białym obrusem, ustawił świece i postawił na środku wazon z gałązką, która od dawna nie miała liści. Nie wiedział dlaczego właśnie ją wybrał. Może dlatego, że przypominała mu coś, czego nie potrafił nazwać.
Pierwsza przyszła Utrata Dzieciństwa. Była drobna, miała potargane włosy i przyniosła ze sobą zapach mokrej ziemi po letnim deszczu.
— Nie jestem taka straszna, jak o mnie myślisz — powiedziała. — Pamiętasz, jak potrafiłeś czekać na wakacje, jakby miały trwać wiecznie? Chciałam ci przypomnieć, że kiedyś umiałeś się dziwić.
Usiadła przy oknie.
Potem weszła Utrata Przyjaźni. Miała zmęczone oczy i nieco zbyt elegancki płaszcz.
— Nie będę opowiadać, kto zawinił — oznajmiła. — Oboje wiemy, że prawda nie mieści się w jednym zdaniu. Przyszłam tylko powiedzieć, że nie wszystko, co się kończy, było pomyłką. Niektóre rzeczy były piękne, nawet jeśli nie potrafiliśmy ich ocalić.
Zajęła miejsce naprzeciwko.
Przyszła też Utrata Miłości. Nie przyniosła niczego. Usiadła i przez dłuższą chwilę patrzyła na człowieka.
— Mógłbyś przynajmniej zapytać, czy za mną tęsknisz, czy za sobą z tamtych czasów — powiedziała w końcu.
Człowiek spuścił wzrok. To pytanie nie mieściło się w żadnej z przygotowanych przez niego odpowiedzi.
Pojawiła się Utrata Możliwości. Była niespokojna, mówiła szybko i miała przy sobie kilka walizek.
— Mogłeś wyjechać. Mogłeś zostać. Mogłeś powiedzieć. Mogłeś nie powiedzieć. Mogłeś wybrać inaczej. Pamiętasz? — wyliczała. — Przez lata karmiłeś mnie tymi wszystkimi wersjami życia, które nigdy się nie wydarzyły.
— A czy któreś z nich było naprawdę lepsze? — zapytał.
— Nie wiem — odpowiedziała. — Ale zajmowałam w tobie bardzo dużo miejsca.
Wtedy przy stole zrobiło się ciasno.
Przyszła jeszcze Utrata Złudzeń. Była surowa, niemal nieprzyjemna.
— Nie zapraszaj mnie do wspomnień z sentymentem — powiedziała. — Nie jestem pięknym rozczarowaniem. Jestem prawdą, której długo nie chciałeś zobaczyć.
— Czy musiałaś tak boleć? — zapytał człowiek.
— Nie wiem. Ale może dzięki mnie przestałeś mylić nadzieję z zaprzeczaniem.
Usiadła obok Utraty Możliwości. Obie nie przypadły sobie do gustu.
Wreszcie, kiedy wydawało się, że wszyscy już przyszli, drzwi otworzyły się raz jeszcze.
Weszła Utrata, której człowiek najbardziej się obawiał.
Nie miała imienia. Nie przyniosła żadnego przedmiotu. Nie opowiadała historii. Była związana z kimś, kogo już nie było, i z pustką, której nic nie potrafiło wypełnić.
— Nie mam ci niczego do wyjaśnienia — powiedziała.
— Może mogłabyś chociaż powiedzieć, po co się wydarzyłaś?
— Nie po coś — odparła. — Wydarzyłam się. Nie każda krzywda jest lekcją. Nie każde odejście prowadzi do czegoś lepszego. Nie każda pustka czeka, aż wypełnisz ją sensem.
Człowiek chciał zaprotestować, ale nie znalazł słów.
Przy stole zapanowało milczenie.
Wtedy odezwała się najmłodsza z zaproszonych — Utrata, o której człowiek prawie zapomniał. Była niewielka, ledwie widoczna, i dotąd nie zabierała głosu.
— Czy mogę coś powiedzieć? — zapytała.
Wszyscy odwrócili się w jej stronę.
— Myślę, że przez cały czas czekałeś, aż któraś z nas powie ci, że wszystko miało sens. Że niepotrzebnie cierpiałeś, że nic nie zostało zmarnowane, że w gruncie rzeczy powinieneś być wdzięczny. Ale może dzisiejsze spotkanie nie jest po to, żebyśmy cię pocieszały.
— A po co? — zapytał.
— Żebyś przestał nas wypierać. I żebyś przestał oddawać nam całe swoje życie.
Człowiek spojrzał na stół. Zobaczył, że każda strata zajmuje swoje miejsce. Niektóre siedzą blisko niego, inne na samym końcu. Jedne mówią głośno, inne milczą. Żadna nie zniknęła. Żadna nie została odwołana.
Ale po raz pierwszy nie siedział z nimi sam na sam.
— Czy teraz już odejdziecie? — zapytał.
— Niektóre z nas tak — odpowiedziała Utrata Dzieciństwa. — Inne pewnie jeszcze wrócą. Są takie, które będą ci towarzyszyć do końca. Ale nie musisz już codziennie urządzać dla nas uczty.
— A co mam zrobić z tym wszystkim, co powiedziałyście?
— To już nie należy do nas — odparła Utrata Przyjaźni.
Goście zaczęli wstawać. Jeden po drugim opuszczali pokój. Niektórzy pożegnali się uśmiechem, inni bez słowa. Utrata Miłości odwróciła się jeszcze w drzwiach, jakby chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała. Utrata Bezsensu — bo tak człowiek nazwał tę ostatnią — wyszła jako ostatnia.
Kiedy zamknęły się drzwi, człowiek nie poczuł ulgi. Nie poczuł też, że wszystko zostało uporządkowane. Na stole pozostały okruszki, kilka niedopitych kieliszków i puste krzesła.
Usiadł.
Długo patrzył na gałązkę stojącą w wazonie. Wydawała się jeszcze bardziej sucha niż wcześniej. Pomyślał, że powinien ją wyrzucić. Potem jednak zostawił ją na miejscu.
Za oknem zaczynało świtać.
Nie wiedział, czy jego straty nadały życiu jakiś sens. Nie wiedział, czy kiedykolwiek uda mu się pogodzić z niektórymi z nich. Nie wiedział nawet, czy następnego dnia nie wrócą ze zdwojoną siłą.
Ale wiedział już coś innego.
Nie musi każdej stracie budować pomnika. Nie musi też wymazywać jej śladów. Może pamiętać, tęsknić, płakać, czasem się złościć. Może pozwolić, by niektóre pytania pozostały bez odpowiedzi.
A przede wszystkim — może wstać od stołu.
Kiedy podniósł się z krzesła, zauważył, że na białym obrusie, tuż obok wazonu, leży mały skrawek papieru. Nie było na nim podpisu. Widniało tylko jedno zdanie:
Nie wszystko, co utraciłeś, musi zostać odzyskane. Nie wszystko, co utraciłeś, musi zostać zrozumiane. Ale nie oddawaj temu, co minęło, prawa do decydowania o tym, co jeszcze może się wydarzyć.
Człowiek złożył kartkę i schował ją do kieszeni.
Potem otworzył okno.
Do pokoju wpadło chłodne powietrze. Świece dogasały. Na ulicy ktoś szedł do pracy, gdzieś zaszczekał pies, a w sąsiednim domu zaczęto parzyć kawę.
Zwyczajny dzień rozpoczynał swoje istnienie.
I człowiek — choć nadal był kimś, kto wiele utracił — postanowił w nim uczestniczyć.
TA JEDNA SZTUKA
W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy;
tak wiele rzeczy budzi w nas zaraz przeczucie
straty, że kiedy się je traci – nie ma sprawy.
Trać co dzień coś nowego. Przyjmuj bez obawy
straconą szansę, upływ chwil, zgubione klucze.
W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy.
Trać rozleglej, trać szybciej, ćwicz – wejdzie ci w nawyk
utrata miejsc, nazw, schronień, dokąd chciałeś uciec
lub chociażby się wybrać. Praktykuj te sprawy.
Przepadł mi gdzieś zegarek po matce. Jaskrawy
blask dawnych domów? Dzisiaj – blady cień, ukłucie
w sercu. W sztuce tracenia łatwo dojść do wprawy.
Straciłam dwa najdroższe miasta – ba, dzierżawy
ogromniejsze: dwie rzeki, kontynent. Nie wrócę
do nich już nigdy, ale trudno. Nie ma sprawy.
Nawet gdy stracę ciebie (ten gest, śmiech chropawy,
który kocham), nie będzie w tym kłamstwa. Tak, w sztuce
tracenia nie jest wcale trudno dojść do wprawy;
tak, straty to nie takie znów (Pisz!) straszne sprawy.
ELIZABETH BISHOP
w przekładzie Stanisława Barańczaka